(Po)bojowisko #4: Pokaz francuskiej siły na XTB KSW 106 w Lyonie

To było kolejne zacne, godne europejskiego potentata wydarzenie federacji KSW. Być może niekiedy zbyt jednostajne, nie zawierające zaskakującego zrywu akcji, pozbawione większej dynamiki, ale jednak wciąż bogate w jakościową treść. Francuska publika w liczbie ok. 8,5 tysiąca – genialna, reagująca na pojedynkowe niuanse, stwarzająca klimat, ale i wymagająca (dla wszystkich, swoich także). Widać, że wszechstylowa walka wręcz to u trójkolorowych jeszcze świeża sprawa. Co dotyczy warstwy sportowej, to wspomniana w tytule „rzeź niewiniątek”. Bilans starć polsko-francuskich wyniósł 1-7 na korzyść gospodarzy. Czas przyjrzeć się najciekawszym wydarzeniom sobotniego wieczoru.

Rośnie nowy Parnasse ?

Nie jestem fanem pompowania przysłowiowego balonika na podstawie jednej przesłanki. Tym bardziej, jeśli rzecz się tyczy młodziutkiego, 18-letniego chłopaka, przed którym cała sportowa droga, obfita w zloty, być może również upadki. Nie sposób jednak przejść obojętnie obok performance’u, jaki zaserwował nam Souheil Kaouchen. Francuz był świadomy, inteligentny w walce, przetrwał trudny moment, po czym przejął kontrolę nad klatkowymi wydarzeniami. Przetaczał, przechwytywał kopnięcia, po czym „wycinał” Stachurę, używał szerokiego wachlarzu technik, był mobilny, zwiewny, szybki, lekki. Starcie otwierające XTB KSW 106 to pojedynek dwóch postaci, o których świat MMA jeszcze usłyszy. Oskar Stachura w zawodowym debiucie musiał radzić sobie nie tylko z rywalem, ale i trybunami opowiadającymi się za swoim zawodnikiem. Siłą rzeczy uwagę skupiam głównie na Kaouchenie, jednakże Stachura to także gość z papierami na owocną przyszłość.

Starcie francuskiego Polaka Hugo Deux z Krystianem Blezieniem to najzwyczajniej bardzo dobra jatka. Zwyciężyła przekrojowość, finezja, większy zasób możliwości. Blezień trafiał ciosami prostymi, serwował lowkicki. Deux nie pozostawał bierny, wchodził seriami, kominacjami, uciekał się do zapasów, estetycznie obalał w tempo. Trzeba przyznać, że obaj panowie nie grzeszyli szczególną szczelnością. Choć poziom zawodników względnie podobny, to mimo wszystko leży on w moim mniemaniu na dwóch odrębnych półkach (na korzyść Deux rzecz jasna ). Niezależnie od własnego punktu widzenia, należy docenić jakże osobiste stanowisko, które w wywiadzie po walce wystosował Hugo. Szczere świadectwo wiary oraz ekspozycja poglądów, w które się wierzy wymaga odwagi, szczególnie w dzisiejszych realiach.

Amaury Wako-Zabo „przejechał się” po Kacprze Fornalskim. Nie ma czego zbytnio komentować. Sam dyrektor sportowy przyznał się do błędu przy zestawieniu tego pojedynku. „Francuski zwierzak”, że tak pozwolę go sobie tytułować (bez rasistowskich konotacji proszę), jest gotowy na dużo większe wyzwania. Imponujący facet trzeba przyznać.

Joel Kouadja udowodnił, że „suchy rekord” błędnie definiuje jego rzeczywiste możliwości. Mam wrażenie, że cios, na który nadział się Guzik u progu pojedynku, był pewną determinantą, pozostawił ślad, wskutek czego Polak nie mógł rozwinąć skrzydeł w późniejszej fazie. Tak, czy siak, brawa dla Francuza. Zwracam honor, nie spodziewałem się tego.

Zabójcze kolano ; bóg wojny w natarciu

Jak zapowiadałem, tak było. Kacprzak kontrolował na ziemi, Nahaye szerzył spustoszenie w stójce. Tym lepiej oglądało się to starcie, że toczyło się ono pewnymi falami. Po okresie chwilowej ciszy, spokoju, może nudy, bitwa wracała na nogi, a tam „drapieżny jaguar” miał tylko jeden cel. Rozegrał to starcie po prostu mądrze, mierząc siłę na zamiary. Z dołu nie dał zrobić sobie krzywdy, jako striker „nie brał jeńców”. Kolano na zakończenie cudne. Cenna lekcja dla Piotra Kacprzaka.

A potem rozpętała się wojna . Aymard Guih szczególnie groźny był w pierwszej odsłonie. Niespożyta energia, zapaśnicza dominacja, dynamika oraz szybkość. Makarowski zyskiwał przestrzeń z biegiem trwania batalii. Kiedy Francuz opadł z sił, byliśmy blisko swoistej egzekucji. Aż dziw mnie bierze, że walka nie skończyła sią w drugiej rundzie. Z uśmiechem spoglądam na postać „Makarona”. Widzę tam skrytego, pełnego fantazji dzieciaka, który ekwilibrystyczne akcje rodem z YouTuba przelewa na rzeczywistość.

I przyszedł czas na przekazanie pałeczki. Mimo porażki, Mickael Lebout zaprezentował się naprawdę godnie, wręcz imponująco. W pierwszej odsłonie prowadził starcie, trafiał prostymi, obalił. Później do głosu doszedł Ayoub i doszedł w sposób nośny. Był szybszy, schodził pod ciosami, regulował tempo. Kalkulacji w tym przedsięwzięciu było niewiele, co zbudowało interesującą dynamikę walki. Panie Lebout – jeśli się żegnać, to w taki sposób. Karierę zakończyła przecierająca szlaki legenda francuskiego MMA.

Krwiożerczy Zerhouni ; królewski Parnasse

Robota „Buldożera” była szybka, owocna oraz jak zawsze – efektowna. Na pojedynki tego faceta warto czekać zawsze. Prawdziwy gwarant sportowej rozrywki wysokich lotów. Wszedł i jak by mógł powiedzieć Albert Odzimkowski – wykonał napisany przez siebie wyrok. Damian Janikowski po raz kolejny zawiódł moje oczekiwania. Zabrakło, niestety znów, pomyślunku. Kiedy sięgnął po broń w postaci zapasów, miałem nadzieję na ciekawy rozwój sytuacji. Po otrzymanym ciosie zatańczył jednak na nogach i już nie wrócił do racjonalnego realizowania game planu, o ile ten zakładał mniej ryzykowne rozwiązania.

W walce wieczoru cudu nie było. Anonimowy występ Mariana Ziółkowskiego. Wypłynął na szerokie wody i stosunkowo szybko się zachłysnął. Parnasse regulował tempo, kontrolował Polaka pod siatką. Przerwanie sędziego ? Moim zdaniem zbyt szybkie. Możemy gdybać, co by było, jeśli walka byłaby kontynuowana. Rzeczywistość jest jednak taka, a nie inna. Od Polaka bije poczucie zawodu, i wobec siebie, i wobec bliskich ; smutek, rozgoryczenie. Trudno się dziwić. Marianowi kibicuję, wszak to super gość i liczę na owocne, a przede wszystkim regularne (z dala od kontuzji) rankingowe walki.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry