Na bitewnym szlaku #5: Słodko-gorzki wieczór w Londynie ; punkt widzenia na „pudzianową sagę”

W sobotni wieczór emocjonowaliśmy się polskimi pojedynkami na UFC w Londynie. Marcin Tybura pokonał Micka Parkina przez niejednogłośną decyzję sędziów. Jan Błachowicz musiał uznać wyższość Carlosa Ulberga na pełnym dystansie. Do końca zdaje się dobiegać powoli saga związana z angażem Mariusza Pudzianowskiego. Właśnie o tych sprawach w kolejnej publikacji z serii „Na bitewnym szlaku”.

Powrót z dalekiej podróży

Pojedynek „Tybura” rozpoczął się szybko, dynamicznie, tempo było naprawdę godne, wszak Polak to dość zwinny jak na kategorię ciężką zawodnik. Pierwsza odsłona w ogóle była bardzo wyrównana. Liczba znaczących ciosów przeważała po stronie Parkina, lecz odnosiłem wrażenie, że to fighter Ankosu posiada minimalną, ale jednak przewagę. Tybura starał się okopywać tułów, wyprowadzał proste kombinacje, na koniec zdołał obalić Anglika (nie zdążył wykonać na ziemi żadnej pracy). Problem w tym, że nasz rodak chyba odczuł kondycyjnie pierwsze 5 minut, czego konsekwencją była słaba, bierna druga runda. Tam umówmy się, Marcin Tybura po prostu przetrwał. Na koniec wrócił jednak do znanego sobie, metodycznego, spokojnego stylu, wykazywał większą aktywność, co przechyliło szalę na jego korzyść. Nie byłem pewny werdyktu, wręcz przeciwnie – godziłem się z czarnym scenariuszem. Sędziowie chcieli jednak tym myślom zaprzeczyć, więc nic, tylko się cieszyć.

Jako „gatekeeper”, o której to roli Polaka pisałem w poprzedniej publikacji, Marcin Tybura pokazał młodemu wilkowi, że to jeszcze nie czas. Mimo zwycięstwa, ciężko mi sobie wyobrazić „Tybura” w starciu z czołową piątką kategorii. Ósma pozycja w rankingu zdaje się dobrze oddawać aktualne miejsce, w którym znajduje się trenujący w Poznaniu zawodnik. Zobaczymy, jaki plan ma niego przygotowana federacja. On sam rywali nie zwykł wybierać, tym bardziej odmawiać. Powinno być ciekawie.

Jan Błachowicz bez happy-endu

Z dużymi nadziejami zasiadałem przed telewizorem, by obejrzeć pojedynek powracającej „legendarnej polskiej siły”. I mimo ostatecznego rozstrzygnięcia, nie mogę powiedzieć, że całkowicie się zawiodłem. Polak wyglądał nieźle, postawę obu zawodników cechowała spora zachowawczość, kontrola pojedyńczych ruchów. Każda runda przypominała szermierczy pojedynek, jednocześnie wszystkie były bardzo bliskie, mogące „powędrować” w obie strony. Być może brakło mi ze strony Jana trochę więcej przebojowości, zaznaczenia swojej obecności, również większej ilości niskich kopnięć. Osobiście punktowałem walkę dla „Cieszyńskiego księcia” w stosunku 29-28, jednak nie zamierzam utyskiwać na rzeczywistość. Podkreślam przy tym fakt, że tak jak pewnie wszyscy, oglądałem to starcie przez biało-czerwone okulary.

Jan Błachowicz udowodnił, że rdza jeszcze go nie dosięga. Ma kontakt z czołówką, jak sam mówi – nie powiedział ostatniego słowa. Suche liczby są jednak nieubłagane i już tak kolorowo nie wyglądają. Droga do pasa się wydłużyła, zaś czas bezceremonialnie mija. Piąta pozycja w zestawieniu wciąż daje nadzieję, że nawet jedna walka może zbliżyć go ponownie do tittle shota. W tym momencie kluczowe dla samego Jana powinno być raczej po prostu zwycięstwo, niezależnie z kim, niezależnie kiedy (oby jak najszybciej).

Saga z Pudzianem

Powiem wprost – mam już dość ciągnących się w nieskończoność spekulacji, dywagacji, przewidywań, sytuacji zmieniającej się jak w kalejdoskopie. Sam Mariusz Pudzianowski zdaje się prowadzić tylko sobie znaną rozgrywkę medialną, wyprowadzając swoich fanów raz po raz na manowce. Nie chcę w tym momencie przywoływać krok po kroku wszelkich stadiów toczącej się sagi. Przedstawię dwie osobiste perspektywy na potencjalny kształt rzeczywistości.

Jeśli Mariusz Pudzianowski zostanie w federacji KSW, będzie mógł stoczyć jeszcze kilka ( jedno, może dwa) medialnych starć (po ostatnich porażkach, to już chyba nie czas na spełnianie sportowych ambicji), które zwieńczyłyby potężne dziedzictwo zgromadzone przez bezsprzeczną ikonę tego sportu w Polsce. Gdyby nie Pudzian, nasze MMA nie byłoby w tym miejscu, w którym jest. Choć to wyświechtany slogan, w pełni oddaje rzeczywisty stan rzeczy.

Jeśli były strongman wkroczy do nieznanych sobie wcześniej przestworzy świata freakowego, zburzy w moim mniemaniu jednym ruchem sukcesywnie, przez lata budowany pomnik. Nie potępiam jednoznacznie samego faktu stoczenia pojedynku na gali typu Fame MMA. Rozumiem motywy kierujące zawodnikami, którzy decydują się na taki krok. Spieniężenie własnej marki, nazwiska, sportowego sukcesu, możliwość zarobku, którego nigdy nie byliby w stanie osiągnąć w zawodowej federacji. Kariera nie trwa wiecznie, a życie toczy się dalej. Dobrze, by poświęcenie kilkudziesięciu lat na trening, profesjonalną drogę, pozwoliło w ostatecznym rozrachunku finansowo zabezpieczyć byt. Sytuacja Pudziana jest jednak zgoła odmienna. Abstrachując od finansów. On nie idzie stoczyć potencjalnego starcia na warunkach sportowych, bazującego w swojej istocie na wzajemnym szacunku, promującego olimpijskie wartości. Mariusz Pudzianowski może zejść do metaforycznych podziemi, by zmierzyć się z ludźmi, którzy zarabiają pieniądze poprzez brutalne, werbalne „obrzucanie się mięsem”. Uważam, że były strongman nie jest na to gotowy i przysporzy mu to więcej strat, niżeli korzyści (oprócz tych finansowych).

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry