
W ubiegłą sobotę w Ciechanowie odbyła się gala Babilon MMA 51. Już za niespełna dwa dni w Londynie do klatki wejdą Polacy stanowiący o sile kategorii ciężkich UFC. Robert Ruchała pożegnał się z federacją KSW, zaś Jakub Wikłacz opuścił szeregi Artnoxa. Dzieje się sporo. Prowokuje mnie to do sformułowania i podzielenia się myślami związanymi z tak zwaną bieżączką w polskim i światowym MMA.
Kołecki jak wino
Na gali w Ciechanowie drugi pojedynek po długiej przerwie stoczył olimpijczyk – Szymon Kołecki. Zmierzył się z powracającym do klatki Przemysławem Mysialą. Sam bieg walki to bez mała koncert jednego artysty. Po Kołeckim nie widać rdzy, nie dotyka go ząb czasu. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że mistrz olimpijski wciąż się rozwija, a niezwykle długi rozbrat z klatką nie spotęgował luk i deficytów, nie zatracił w nim przysłowiowego ognia. W sobotę był metodyczny, spokojny, analityczny, skuteczny, dominował pojedynek niezależnie od płaszczyzny, w której się toczył. Na nogach często używał lewego prostego, na ziemi umiejętnie rozkładał ciężar swojego ciała. Świetnej dyspozycji Kołeckiego nie można wiązać z teoretycznie słabszą rangą rywali, gdyż Mysiala, a szczególnie Oli Thompson to uznane w Europie marki. Szkoda, że między 43-latkiem, a federacją KSW istnieje kość niezgody pod postacią finansów. Kołecki byłby wielką wartością dodaną dla kategorii półciężkiej.
Problem Sebastiana Rajewskiego zdaje się być złożoną kwestią, z której ciężko będzie się wykaraskać. Tak to przynajmniej wygląda zza szklanego ekranu. A może najzwyczajniej Rajewski nigdy nie był tak dobry, jak wskazywałyby na to pojedynki, które toczył. Co z tego, że z Moisą miał pozytywne chwile, skoro w newralgicznym momencie nie potrafił doprowadzić spraw do końca. Kiedy do głosu doszedł brak sił (co wydarzyło się stosunkowo szybko), a Płocczanin biernie stawał w bezruchu, stanowił niezwykle łatwy cel dla tajsko usposobionego Moisy. Swoje obserwacje skwitować mogę frazą, że „Rajewski stracił duszę”, tą jej część odpowiedzialną za wymiar sportowy. Jestem ciekawy dalszych kroków „Raja” w kontekście kariery zawodowej. Ani trochę nie zazdroszczę mu momentu, w którym się znalazł.
Króciutko jeszcze o Ivo Baraniewskim. Chciałbym tylko wyrazić aprobatę dla talentu tego fightera. Cieszą przebłąkiwania o ewentualnym starcie w Dana White’s Contender Series. Cała sportowa droga przed nim, ale póki co wygląda to naprawdę obiecująco.
Legendarna polska siła wkracza do akcji
Lekko mówiąc. poprzedni rok nie był zbyt udany dla Polaków walczących pod szyldem światowego giganta. Powracający do gry Jan Błachowicz, a także Marcin Tybura zrobią wiele, by tą niepomyślną tendencję odwrócić. „Cieszyński książę” wraca do oktagonu po blisko dwóch latach. Błachowicz poświęcił ten czas na doprowadzenie do ładu swojego ciała, to tak w dużym uproszczeniu. Jak sam mówi, nie jest tak dobrze jak kiedyś, ale jest lepiej, niż przed zwalczaniem kontuzji barku. Sobotnie starcie stanowi niezwykle ważny wyznacznik dla sportowej przyszłości Jana. Pojedynek z Ulbergiem to w moim mniemaniu broń obosieczna. Z jednej strony potencjalne zwycięstwo może z miejsca zagwarantować rewanż z Ankalaevem. Porażka z kolei być może zmusi Polaka do przedefiniowania kariery zawodowej (mam na myśli przejście do kategorii ciężkiej lub „odpukać” koniec kariery ). Janek ma narzędzia i zasoby, by Ulberga pokonać. Jednym z nich są bez wątpienia zapasy. W stójce były mistrz żadną gapą nie jest, lecz na nogach ryzyko niebezpieczeństwa wzrasta. Doświadczenie Polaka sprawia, że nie powinien się on specjalnie podpalać, a co za tym idzie wykonywać nerwowych szarż. Reasumując, stawiam na Błachowicza i liczę, że nie okaże się to wyłącznie myśleniem życzeniowym.
Przed Marcinem Tyburą wyzwanie pod postacią Micka Parkina. „Tybur” to można śmiało rzec weteran klatki UFC, solidna firma, od lat w czołówce kategorii ciężkiej. Zarówno jako człowiek, ale również jako fighter, zawodnik Ankosu to siła spokoju. Tybura jest zawodnikiem kompletnym/wielopłaszczyznowym, pozbawionym być może pierwiastka wybitności, co nie znaczy słabym. Nie ukrywajmy, że to Parkin jest kreowany przez federację na perspektywiczną gwiazdę. Tybura jako cenny skalp ma stanowić dla niego swego rodzaju legitymizację potencjału. Choć Anglik ma podstawy, by być groźnym, wierzę w Polaka. Ta wiara podszyta jest nawet pewnym spokojem, co do rezultatu. Oby moje słowa nie okazały się klątwą.
Ruchała poza KSW ; Wikłacz poza Artnoxem
Robert Ruchała obiera kierunek o nazwie „UFC”. Nie mam przekonania, czy to już odpowiedni moment dla niego. Być może warto byłoby stoczyć jeszcze kilka wartościowych pojedynków, dokumentujących skokowy, regularny rozwój Ruchały. Z drugiej strony warto „kuć żelazo póki gorące”, młodość nie trwa wiecznie, a ryzyko niekiedy warto brać z dobrodziejstwem inwentarza. KSW poradzi sobie bez Ruchały, bowiem choć jest to strata niewątpliwie dotkliwa, to zapewne wliczona w koszta. Rzeczywistość przybiera naturalnego biegu zdarzeń. Jakub Wikłacz z kolei żegna się ze „stajnią managerską” Artnox. Artur Gwóźdź zbudował niemalże wzorowo dotychczasową drogę mistrza, i dobrze że strony kończą współpracę w atmosferze życzliwości oraz szacunku.
Spoiwem łączącym Roberta Ruchałę i Jakuba Wikłacza jest Joanna Jędrzejczyk. Pojawia się wiele głosów krytyki odnoszących się do jej managerskiej działalności. Póki co, powstrzymuje się od ocen i sądów, cierpliwie czekając na owoce pracy. Te powinny nadejść już niedługo.


