
Londyńskie kluby „prężą muskuły” przed niedzielnym hitem. Arsenal unieszkodliwił kolejnego rywala, a przecież mierzyli się z Bayernem niemal pozbawionym skazy. Chelsea Enzo Maresci robi wiele, by przekonać do siebie tych nieprzekonanych. Legia daje kolejny powód, by zamiast słów „ku pokrzepieniu serc”, napisać coś na kształt „(e)legii”.
Pokaz angielskiej siły
Zacznijmy od wtorku. Chelsea sprawiła, że Barcelona wyglądała zwyczajnie bezradnie. „Maszyna Flicka” lekko rdzewieje. Niezmierzoną stratą jest brak konstruktora Pedriego, zaś defensywne ryzy uległy sporemu rozluźnieniu. Co z tego, że Barca raz za razem łapała Chelsea na spalonych, skoro na koniec dnia opuścili Londyn z trzema bramkami na „plecach”. We wtorek Caicedo, Enzo oraz przebranżowiony James, absolutnie zdominowali środek pola. Chelsea od początku „wojowała” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie rezygnowała z piłki, chcąc w mniejszym lub większym stopniu pokonać rywala ich własną bronią. „The blues” posyłali sporo dynamicznych piłek w pole karne, co wprowadzało zamieszanie, czyli jak domniemam – zamierzony efekt. Przez bieg całego meczu, poziom koncentracji nie spadł ani na sekundę. Żywym tego dowodem odmieniany przez wszystkie przypadki Cucurella.
Wielką sztuką jest tak „uciszyć Bayern”, by niemal do zera zminimalizować potencjalne zagrożenie. Oddajmy Bawarczykom konstrukcję cudownej, płynnej, wymagającej aptekarskiej dokładności akcji bramkowej. Cała reszta futbolowej sceny należała do „Kanonierów”. Pierwsza bramka z rzutu rożnego, czyli klasyka gatunku. Druga to zasługa duetu Calafiori-Madueke, zaś trzecia stanowiła wynik fantazji Manuela Neuera. W międzyczasie kilka dogodnych okazji, jak choćby szarża Declana Rice’a. Nie zabrakło również elementu „piłkarskiego klinczu”, co absolutnie nie przeszkadzało gospodarzom. Nie był to porywający mecz, w niektórych momentach pozbawiony dynamiki. Niemniej jednak specyfika tego spotkania wzbudza ogromny respekt w stosunku do Arsenalu. Kreowali tyle, by zwyciężyć, stawiając jednocześnie z tyłu „betonową ścianę”.
„Polska (prawie) gurom”
Zagadnienie relacji na linii Legia-Papszun-Raków, zostało „sowicie przemielone” wzdłuż i wszerz. Paradoksalnie, nasza wiedza na temat zakulisowych rozgrywek w tej sprawie jest znikoma. Dostajemy małe wycinki, fragmenty rzeczywistości, czy też wypowiedzi, wpisy będące konsekwencją pewnych działań. Na koniec dnia stan faktyczny brzmi tak, że na zamieszaniu tracą wszystkie strony pułapki, w którą same się zawikłały.
Legia traci wizerunkowo, sportowo już raczej nie traci, a osadza się na bardzo niskim poziomie. Wczorajsze wątpliwej jakości widowisko ze Spartą, nie przyprawiło o dreszcze, tym bardziej te pozytywne, a uwydatniło spiralę błędów, niedociągnięć, deficytów, które w tej chwili definiują Legię. W pierwszej połowie zauważalne były jeszcze impulsy. Prawą stroną szalał Wszołek, do sytuacji dochodził Urbański, z dystansu strzelał Krasniqi. Strata bramki będąca pokłosiem błędu Colaka, jakby związała „Legionistom” nogi. Druga część to próbująca szukać szczęścia Sparta i „gęsto zamglona” Legia. Mógłbym się dalej pastwić, lecz nie widzę w tym głębszego sensu. Wystarczy spojrzeć na ten marny, smutny obraz.
Pozostała część polskiej reprezentacji w Europie zwyciężyła, co cieszy i buduje. Tym razem swój wzrok skierowałem w stronę Częstochowy, a w zasadzie Sosnowca. Mimo okazałego rezultatu, w tytule widnieje mało pompatyczne sformułowanie „Raków wykonał zadanie”. Wielkie brawa dla Częstochowian, natomiast nie zakrzywiajmy rzeczywistości. Mam na myśli żałość, a wręcz piłkarską tragedię, jaką jest Rapid Wiedeń – drużyna widmo. Raków nie jest ekipą z ogromnym potencjałem estetycznym, stawiającą na zanadto kreatywne rozwiązania, czego dowód widzieliśmy również wczoraj. Było prosto, bezpośrednio, ale skutecznie i trudno krytykować Raków za okazały triumf. Festiwal strzelecki urządził Fadiga, bramkę dopisał Brunes, sytuacja w tabeli jest zadowalająca.


