Czas mistrzów #15: Arcydzieło autorstwa PSG i Bayernu ; mecz autorstwa Atletico i Arsenalu

We wtorek doświadczyliśmy arcydzieła, w środę po prostu meczu. Ten kontrast nie wynika z faktu, że od oglądania wczorajszych wydarzeń w Madrycie mogły nas rozboleć oczy (no może trochę). Rzecz w tym, że dzień wcześniej zostaliśmy rozpieszczeni do granic możliwości, nasyceni idealną wizją piłki nożnej. Na Parc des Princes zatarła się granica między oczekiwaniami, a rzeczywistością.

Zjazd na rollercoasterze (PSG vs Bayern)

W Paryżu spotkały się ze sobą drużyny o podobnym profilu, podobnej tożsamości, podobnym zestawie atutów. Obydwa projekty śmiało można uznać za niezwykle udane. Zarówno PSG, jak i Bayern tworzy kolektyw zdobiony przez wybitne jednostki. Konstruktami zarządzają osoby wzbudzające respekt, generujące aurę, dowodzące swoją jakość poprzez osiągane wyniki. Wszystkie te czynniki złożyły się na sztukę, którą oglądaliśmy we wtorek. Mecz na Parc des Princes był dynamiczną, nie znoszącą zwłoki wymianą ciosów, czymś na kształt piłkarskiej wojny, ale wojny świadomej. Myślę, że wszyscy zaangażowani byli przekonani, co do potencjalnego kształtu tego spotkania. Jak sądzę, Luis Enrique wiedział, że chcąc zwyciężyć Bayern, nie może skupiać się na przesadnym dostosowaniu do oferty rywala. Lepszym rozwiązaniem jest ekspozycja własnej siły rażenia. Domniemam, że z podobnego założenia wychodził Vincent Kompany.

Nie ma sensu etapowe omawianie tej piłkarskiej wersji „Szybkich i wściekłych”. Działo się zbyt wiele, a co za tym idzie – pewne detale mogły mi ulecieć. Podejdę więc do sprawy punktowo, wyrywkowo. Ten mecz to żywy dowód na trendy w dzisiejszym futbolu, dowód obrazujący wagę tak zwanych faz przejściowych. Za sprawą Olise ciężkie życie miał Mendes, analogicznie Stanisic za sprawą Khvichy. Jak już przy Gruzinie jesteśmy, jego zejście do środka wespół z idealnie ułożoną stopą to zestaw zabójczy. Podobnie sprawy się mają w kontekście Olise, choć ten we wtorek często podążał wzdłuż linii. Szalał Dembele, kolejny kapitalny występ zaliczył Diaz (wypada wspomnieć odmierzone od linijki dogranie Kane’a przy ostatnim golu). Ryzykowne usposobienie zespołów sprawiało, że defensywom przeznaczone było popełnianie błędów. Przykład ? Autostradę do bramki miał Olise, niepilnowany pozostawał Upamecano.

Przez całe spotkanie obie drużyny zachowywały intensywność, nie zrywały z ideami, choć oczywiście mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju cyklami. Momentum przechodziło z jednych rąk do drugich i odwrotnie. Bardzo prawdopodobne, że rewanż przybierze podobną formę. Nie zamierzam narzekać. Faworyta brak, przynajmniej w moich oczach.

Zjazd ze zjeżdżalni (Atletico vs Arsenal)

Tomasz Ćwiąkała w swoim materiale nazwał mecz w Madrycie „futbolem sterylnym”. Jest to określenie jak najbardziej trafne. Mogliśmy się spodziewać, że drużyny przystąpią do spotkania w białych rękawiczkach i zrobią wszystko, by nie zburzyć cechującego je porządku. Miał być klincz i ten klincz w wielu momentach obserwowaliśmy. Jeśli ktoś opuścił stadion z poczuciem niedosytu, to jest to bez wątpienia Atletico. O ile w pierwszej połowie szczególna przewaga nie rysowała się po żadnej ze stron, o tyle w drugiej konkretniejsze akcenty stawiała ekipa Simeone. Mam na myśli szczególnie jedną sytuację, tą Ademoli Lookmana. Nigeryjczyk powinien był wykorzystać idealną sytuację, będącą pokłosiem błędu White’a. Ona nie musi, ale może kosztować nawet finał. Arsenal wykorzystał to, co miał, resztę wybronił, w konsekwencji wykonał zadanie w znamienny dla siebie sposób.

ZAPRASZAM NA X/TWITTERA ORAZ INSTAGRAMA

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry