
W sobotę Bayer zrobił wiele, by sprawy nie potoczyły się po ich myśli, a przecież mogło być tak pięknie. Ostrzyłem sobie zęby na niedzielny hit w Stuttgarcie. Kiedy spotkanie ruszyło, oczekiwałem zawiązania wartkiej akcji, twierdząc że w końcu musi się rozkręcić. Jak było, każdy widział. Szału nie stwierdzono. Na koniec pochwalę ekipę z Hamburga – zasłużyli za całokształt twórczości.
Bayer odmówił zwycięstwa
Bieg spotkania, okoliczności, los – to wszystko grało w sobotę na korzyść Bayeru. Tymczasem drużyna Hjulmanda jakby odrzucała dobiegającą zewsząd pomocną dłoń. Zaczęło się obiecująco, bo od gola Garcii. Mam wrażenie, że potem „Aptekarze” źle rozłożyli proporcje swoich działań. Rozumiem pragmatyzm związany z jakością rywala, natomiast co za dużo, to niezdrowo. Tym bardziej, że propozycja Leverkusen znacznie odbiegała od ich tożsamości. Przecież Bayer potrafi grać z piłką przy nodze. Niech za dowód posłuży szybkie wyjście, kiedy Cullbreath złamał akcję do środka i posłał piłkę obok słupka Ulreicha. Do pewnego momentu, poprzez swoją zachowawczość, Bayer minimalizował szanse na atak pozycyjny, czy owocną fazę przejściową. Wszyscy wiemy, z jakimi konsekwencjami może wiązać się „monachijska karuzela” w świetle własnego pola karnego. Ba, sam Bayer przekonał się o tym w pierwszej rundzie. Teraz obyło się bez strat, mało tego, zasłużone czerwo obejrzał Jackson.
Na początku drugiej części, chcący odrabiać straty Bayern sprawił, że zaczęły tworzyć się przestrzenie. Najpierw Schick błyskotliwie wypuścił Tillmana. Potem swoją sytuację zmarnował również Czech. Na marginesie zaznaczę, że dobrą zmianę dał Maza. Wróćmy do odrabiającego Bayernu. Ten momentami wyglądał, jakby osłabione było Leverkusen. Bawarczycy „zaciskali pętlę”, a jeden błąd gospodarzy gonił inny. Flekkenowi się upiekło (nieuznany gol Kane’a), czego nie może powiedzieć Robert Andrich (strata, której ceną była bramka). Tak nie wykorzystuje się liczebnej przewagi. Gdyby nie kolejna gwiazdka z nieba pod postacią czerwonego kartonika dla Diaza, marny mógł być los Bayeru. Podejrzewam, że przed meczem remis wzięto by z pocałowaniem ręki. Po meczu wypada zgrzytnąć zębami z poczuciem niewykorzystanych szans. Przed Bayerem zaciekła walka o Ligę Mistrzów. Tak wygląda cena za straty z dołem tabeli.
Nie tak miało być
Zarówno pierwsza, jak i druga połowa w Stuttgarcie nie obfitowała w chwile, które zapamiętam na lata. Nie jestem przekonany, czy będą tkwić w mojej głowie do końca tygodnia. Ale od początku. Pierwsza połowa to utrzymujący się przy piłce Stuttgart, który jednak nie czynił z tej statystyki większego pożytku. Zazwyczaj ekipa Hoenessa korzystnie materializuje swoje estetyczne, romantyczne, ale i efektywne podejście do futbolu. Wczoraj długo było niemrawo. Lipsk nieco bardziej konkretny, dynamiczny, reaktywny. Co z tego, skoro świetną sytuację zmarnował Baumgartner, a na tablicy widniał stan wyjściowy.
Im dalej w las, tym coraz większy zwrot akcji. Seiwald był bliski zdobycia gola, po czym goście wzięli się za rozdawanie prezentów. Vandevoordt źle wyprowadził piłkę, Undav ukarał, VFB czuło się coraz pewniej. A propos Undava, Niemiec znajduje się w kapitalnej formie, nawiązuje do dyspozycji sprzed dwóch lat, jest postacią nieocenioną. Choć zwykle chwalę ofensywne walory VFB, za wczoraj wypada docenić również defensywę. Mimo że Lipsk nie stwarzał ostrych, jednoznacznych szans bramkowych, obrona Stuttgartu podołała wyzwaniu. Kilka tygodni temu oceniałem Lipsk w szerszym obiektywie – Top-spiele #20: RB Lipsk już witał się z gąską ; Eintracht zatuszował łomot – Bezkres Sportu. Dziś dodam tylko trzy zdania. „Czerwone Byki” przyjeżdżają do rywala będącego w środku wymagającego dwumeczu ( z FC Porto ), a i tak wyglądają relatywnie blado. Personalia może i lepsze po stronie Lipska, ale gotowy produkt ( zespół ) posiadają w Stuttgarcie. Na początku sezonu pospieszyłem się z pochwałami dotyczącymi ekipy Ole Wernera.
Ciepło o Hamburgu
U progu kampanii zupełnie nie wierzyłem w projekt trenera Polzina. Negatywna opinia nie była oparta na własnej wiedzy, namacalnym doświadczeniu. Nie oglądam rozgrywek 2 Bundesligi, a nazwiska tworzące zespół Hamburga niewiele mi mówiły. Przesłanką do przyjęcia takiego punktu widzenia były m.in wypowiedzi ekspertów, którzy nie wieszczyli mąki z tego chleba. Ponadto rezultaty pierwszych kolejek bieżącego sezonu można było interpretować jako zderzenie z rzeczywistością.
Merlin Polzin sumiennie, konsekwentnie wykonywał dobrą robotę, która zaowocowała w końcu solidnym punktowaniem. Nie uważam, że w pierwszych taktach sezonu ta praca była zła. Najzwyczajniej mówimy o procesie. Teraz nie wyobrażam sobie sytuacji, by Hamburg z Bundesligi zjechał. Zastanawiam się, jaki aspekt rzemiosła uchodzi za ich największą siłę. Nie tyle odwołam się do kwestii taktycznych, co tych personalnych. Hamburg przede wszystkim ma liderów z prawdziwego zdarzenia, którzy nie są skupieni w obrębie jednej formacji. Od zjawiskowego Vuskovicia zaczynając, na Fabio Vieirze kończąc.
ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🔥



