Na bitewnym szlaku #22: Stary, ale jary Gaethje (UFC 324) ; imponujący Kruk (FEN 61)

Federacja UFC solidnie nas wypościła przez ostatni miesiąc. W końcu maszyna ruszyła, rozpoczęła się nowa era pod egidą Paramount, za nami UFC 324. Walka wieczoru nakarmiła mnie do syta. Byłem absolutnie ukontentowany tym, co zobaczyłem. A widzieliśmy obfitą w błędy jatkę nie z tej ziemi, esencję wszechstylowej walki wręcz.

Gaethje, czyli „Stara proca jeszcze trzeszczy”

W main evencie UFC 324 nie uświadczyliśmy kalkulacji, manewrów taktycznych, złożoności game planu, ekspozycji nieziemskich umiejętności. Jak pisałem na INSTAGRAMIE, nie był to również festiwal umiejętnej defensywy. Niemniej jednak, jako kibic MMA, absolutnie wszystko im wybaczam. Dostaliśmy nieco inną warstwę tworzącą piękno tego sportu – cechy wolicjonalne, nieustępliwość, przesunięty próg bólu, niezłomność.

Po pierwszej rundzie zdawać by się mogło, że Gaethje jest nieco wyeksploatowany. Przeszła mi przez głowę myśl, że Anglik przetrwawszy szturm, zacznie przechylać szalę na swoją korzyść. Oczywiście tak się nie stało. Zdziwił mnie fakt, że przez bieg całego starcia, Paddy nie szczególnie sięgał po zapasy/parter. To trochę wyglądało tak, jakby dał się ponieść charakterystyce walki, oczekiwaniom, grze zaproponowanej przez Gaethjego. Ten wyszedł z jasnym zamiarem o nazwie bijatyka, a „Baddy” do tego tańca niezwłocznie dołączył. Defensywa kulała zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Oczywiście bardziej ten deficyt uwydatniał Anglik. Kilka razy zaliczył deski, ręce nisko opuszczone, brak kontroli dystansu, łatwo dawał się zamykać na siatce. Gaethje doskonale wiedział, że mimo wszystko, szarże w stronę Pimbletta będą wiązać się z konsekwencjami. Niemniej nazwisko zobowiązuje. Dziw mnie bierze na myśl, że ta bitwa skończyła się decyzją. Osobiście punktowałem pojedynek w stosunku 48-47 dla Amerykanina.

Sugar oraz Waldo

Poruszę jeszcze temat dwóch walk poprzedzających zacną nawalankę. Sean O’Malley zafundował nam przekładańca. Dwie bardzo dobre rundy przeplótł jedną znacznie gorszą. W tych dobrych korzystał ze swoich atutów. Kontrolował dystans, szafował pozycją, był mało czytelny. Uderzał rzecz jasna głównie z kontrataku, atakował swoimi długaśnymi kończynami. W grze „Sugara” na próżno było szukać nutki ryzyka, chęci skończenia starcia przed czasem. Ewidentnie priorytetem było zwycięstwo. Yadong miał swoje dosłownie 5 minut. Wybrał w drugiej odsłonie nogę „Sugara”, potrafił kontrolować go zarówno pod siatką, jak i na ziemi. Zwycięstwo Amerykanina raczej bezdyskusyjne, przynajmniej dla mnie.

Derrick Lewis przegrał z dynamiką, szybkością poruszania, nie mógł złapać odpowiedniego rytmu. U progu pojedynku sporo obopólnego respektu, choć jak domniemam, umocowanego w innych przyczynach. Amerykanin unikał jednoznacznych, czytelnych zrywów, by nie zostać wyprzedzonym. Cortes-Acosta nie dyktował zabójczego tempa, bo wiedział, że Amerykanin dysponuje ognistym uderzeniem. Jak się skończyło, wszyscy wiemy. Lewis musiałby zamrozić rywala, by mieć szansę zgasić mu światło.

FEN 61

Zaimponował mi Miłosz Kruk. Już od pierwszych taktów miałem świadomość, że Oleksandr Guliaiev nie jest wziętym z łapanki mięsem armatnim. Tytuł mistrza świata IMMAF, wykaz walk amatorskich, ale przede wszystkim wniesiona do klatki FEN-u dyspozycja, kazała sądzić, że w tym wypadku również mówimy o sporym potencjale. Przechodząc do konkretnych elementów rzemiosła, moją uwagę zwróciła wydolność, dojrzałość rozumiana przez spokój w działaniu, świadomość ruchów, decyzji, ale i płynącego zagrożenia. Kiedy Guliaiev obalał, Polak efekywnie szukał jak najszybszej drogi powrotu na nogi. W stójce dominował, nie dopuszczał rywala do głosu, sadzał na ziemię swoim prostym. Kiedy sam imał się grapplingu, kontrolował sytuację. Reasumując, występ jakościowy, solidny.

LINK: INSTAGRAM

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry