(Po)bojowisko #9: Z dużej chmury mały deszcz. XTB KSW 112, czyli szczecińska kołysanka

Swoją postawę podczas „lektury” XTB KSW 112 w Szczecinie, określiłbym słowem oczekiwanie. Oczekiwałem na punkt zwrotny, przyspieszenie akcji, dynamizację wydarzeń w klatce. I się nie doczekałem. Trochę jak dziecko, które wiele sobie obiecuje po pięknym opakowaniu prezentu, a w środku spotyka je rozczarowanie.

Książę królem piórkowej

Main event sobotniego wydarzenia to zdecydowanie najlepszy moment tej jakże spokojnej gali, co nie znaczy że była to walka wybitna. Nazwałbym ją po prostu dobrym starciem z pożytecznym elementem dramaturgii. Nie uważam, że wynik batalii zdeterminowały perturbacje z palcem Soldaeva, choć bez cienia wątpliwości ten fakt nie pozostał bez wpływu. Zawodnik WCA ewidentnie odczuwał dyskomfort, który towarzyszył mu w zasadzie już od pierwszych taktów.

Zestawiając bieg starcia z analizą atutów poszczególnych zawodników, którą przeprowadziłem przed galą, nie jestem specjalnie zaskoczony. Rundy 1,2 i 5, to koncert Patryka Kaczmarczyka. Radomianin w pełni eksponował swoje atuty, rozpuszczając kombinacje uderzeń, mieszając przy tym ich płaszczyzny, inwestując w firmowe latające kopnięcia, low kicki, łokcie – elementy tajskiego boksu jednym słowem. W drugiej odsłonie w dotkliwy sposób naruszył Czeczena zacną obrotówką i związanym z nią gradem ciosów. Niemniej jednak Soldaeva wypada pochwalić. Przechodził przez trudne chwile, w związku z kontuzją szukał rozwiązań awaryjnych, dążąc do korzystnego rozstrzygnięcia. W warunkach nieskażonych urazem, nie podejrzewałbym Adama o imanie się klinczu. Tu był obecny przez niemal dwie rundy (3 i 4), mało tego, dał Czeczenowi zwycięstwo w jednej z nich. Cel uświęca środki, choć w tym wypadku celu nie osiągnięto.

Droga Patryka Kaczmarczyka zawiera liczne wzloty oraz kilka srogich lekcji, bo upadkami tego nie nazwę. Teraz w pełni zasłużenie dotknął „złota”, będąc zawodnikiem coraz bardziej świadomym, inteligentnym. Mimo wszystko, ciężko jest mi wyobrazić sobie ewentualne zwycięstwo z Parnassem, w związku z unifikacją, do której mam nadzieję szybko dojdzie.

Nudów nie było końca

W pojedynku Held vs Ziółkowski, możliwe były w zasadzie dwa scenariusze i koniec końców jeden z nich się zmaterializował. Marcin Held od pierwszego gongu narzucił własne warunki, pewnie kontrolując przebieg walki, która w znacznej części toczyła się na ziemi. Nie miał argumentów Marian Ziółkowski, a kiedy znalazł je w ostatniej odsłonie, to było już za późno. Pałam ogromną sympatią do „Golden Boy’a”, natomiast trzeba jasno powiedzieć, że za nami kolejne jego starcie, gdzie „skrzydła w żaden sposób nie zostały rozpostarte”. Styl zachowawczy, metodyczny, analizatorski, nie przyniesie wymiernych korzyści w sytuacji, kiedy zmuszony jesteś nokautować. Nie jestem rozczarowany bardziej niż sam Marian, czemu daje wyraz we wszelkich wywiadach. Ziółkowski musi wygrać, by „dmuchnąć we własny żagiel”. Sądzę, że czas na wyzwanie niższej rangi, niżeli Held, czy Parnasse.

Tomasz Romanowski wygrał pewnie na kartach punktowych, kończąc pojedynek bez żadnych obrażeń. Niby matrix, a jednak rzeczywistość. Była dyscyplina taktyczna, o której wspominałem w „Ciszy przed burzą”, jest przełamanie złej passy. Ze strony Belga zaskoczył mnie brak determinacji, by sięgnąć po element zapaśniczy. Jego zdziwienie, które nastąpiło po werdykcie, jest dla mnie w pełni bezzasadne.

Varela oraz Mircea przez 15 minut bawili się konsekwentnie w „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Nie wiem, w jaki sposób sukces w tym starciu chciał osiągnąć Francuz. Mijały kolejne minuty, w których Varela unikał zwady, samemu nie pracując efektywnie w dystansie. Kilka skutecznych niskich kopnięć, pojedyncze ciosy i to wszystko, jak chodzi o ofertę Francuza w tym starciu. Mircea konsekwentnie podążał do przodu, dobrze poruszał się na nogach. Między innymi dzięki tej inicjatywie, mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa.

Przepraszam Panie Kamilu Szkaradku, nie doceniłem Pana. Nie doceniłem albo zapomniałem, jak niewygodny w swojej stylistyce Polak może być. Polishchuk został w sobotę „rozmontowany”, a jego atuty zneutralizowane. Metodyka pokonała kreatywność. Siła fizyczna, rozkładanie ciężaru ciała, odpowiedzialność Szkaradka, to dla Ukraińca tego dnia zbyt wiele.

Pozostałe wątki

Odnotujmy wprowadzenie do galerii sław dwóch zasłużonych postaci. Dobrze było zobaczyć Karola Bedorfa, Macieja Jewtuszkę, łezka w oku się kręciła. Sama ceremonia jak zawsze godna, patetyczna, wzniosła, oddająca charakter i skalę wyróżnienia. Wracając do klatkowych przepraw, mieliśmy zupełnie niezły pojedynek Lushimy oraz Janusza. Werdykt w mojej opinii uzasadniony, może dyskusyjny, na pewno nie kontrowersyjny. Przypominam o kryterium zwanym „efektywny striking i grappling” z naciskiem na słowo „efektywny”. Dawid Kuczmarski, mimo „wydolnościowych burz”, pokonał Kaszubowskiego. Maciej Kazieczko został szybko i bezinwazyjnie „przemielony” przez Masaeva, które to nazwisko należy traktować niezwykle poważnie. Galę otworzyło starcie będące syntezą, czy też oddające mało absorbujący charakter gali XTB KSW 112. Hugo Deux przez blisko 15 minut kontrolował na ziemi Wojciecha Kawę. Dobrze, że była wówczas wczesna pora. W innym wypadku, pojedynek inauguracyjny faktycznie mógłby posłużyć za niezłą kołysankę.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry