
Oczekiwaliśmy dynamicznego flamenco na „deskach” Santiago Bernabeu i dostaliśmy takowe, przynajmniej w pierwszej połowie. We Włoszech, w piłkarski i nie tylko dialog, weszły dwie najlepsze drużyny ostatniej kampanii. Polski klasyk, jak to często bywa, spuścił na siebie zasłonę milczenia.
Królewscy urządzają się na tronie
Zanim o zespołach w szerszej perspektywie, uchwyconych „z lotu ptaka”, to słów kilka o wczorajszym meczu. Na początek powiedzmy sobie jasno – Barca była bezzębna. Statystyki, a konkretniej mówiąc posiadanie piłki, nie do końca odzwierciedla rzeczywisty przebieg spraw. Akcja bramkowa, zakończona strzałem Fermina – ciesząca oczy. Poza wspomnianą, oczy miały raczej „urlop od radości”. Nie byłem w stanie zauważyć pomysłu, zerwania tempa, elementu zaskoczenia. Słaby mecz rozegrał Pedri, Lamine Yamala zneutralizował Carreras. Wstępu do bramki strzegł na szczęście Wojciech Szczęsny, którego górnolotne interwencje „nakładały makijaż na brzydką wczorajszego popołudnia twarz Barcelony”.
Real do bólu wykorzystywał prezentowaną przez siebie dynamikę rozegrania podpartą umiejętnością szybkiego myślenia. Zagrożenie dla „Blaugrany” przychodziło zewsząd. Szczyptę magii uwydatniał Vinicius. Jednym ruchem, często przyjęciem piłki, różnicę potrafił zrobić Mbappe. Liczby zgadzają się u Jude’a Bellingham’a. Wchodzący z drugiej linii Huijsen, również mógł wpisać się na listę strzelców. Jeśli ktokolwiek nie dorównał wczoraj własnej jakości, to był to Arda Guler.
Przed spotkaniem wiedziałem, że na większą elastyczność taktyczną stać Real, co zresztą się zmaterializowało. O ile Xabi Alonso i spółka oblali pierwszy „egzamin” z Atletico, tak teraz zrehabilitowali się z nadwyżką. FC Barcelona w swojej grze jest bardziej jednowymiarowa, ale w tym „wymiarze” niezwykle konsekwentna, efektowna i skuteczna. Tak to wyglądało jeszcze do niedawna, albowiem w maszynę Flicka wkradła się pewna toporność. O sobie nie dają zapomnieć również kontuzje, choć to nie one były główną przyczyną wczorajszej mdłości.
Temperamentne Włochy
Dla sobotniego spotkania nie trzeba stwarzać wyimaginowanej, nieco ubarwionej narracji, która podgrzewałaby to, co mało ekscytujące. Były urodziwe gole, spora doza boiskowej walki, gry w kontakcie, „uprzejmości nie szczędzili sobie” Antonio Conte oraz Lautaro Martinez. To wszystko, czyli sport i warstwa go okalająca, złożyło się na hit Serie A w wykonaniu dwóch najlepszych drużyn minionej kampanii.
Oprócz newralgicznej straty Spinazzoli, przez pierwsze kilkadziesiąt minut działo się niewiele. Rzeczywistość zdynamizowała się po słodko-gorzkiej chwili Kevina De Bruyne (słodka, bo bramka, gorzka, bo kontuzja). Co prawda Inter prowadził grę w kolejnych minutach, ale po konkretną zdobycz znów sięgnęli Neapolitańczycy. Nie chodzi mi o to, by sprawozdawać tutaj bieg spotkania. Rzecz w tym, że ekipa Conte maksymalizowała zysk, pozostając szczelną w defensywie (nie licząc ręki Buongiorno). Rozpływać się mogę nad „włoską wersją” McTominay’a, choć niebagatelną rolę pełnił w tej akcji dogrywający Spinazzola. Mam wrażenie, że trzeci gol bazował na wypracowanym schemacie. Anguissa swoją ofensywną szarżą zdefiniował współczesnego defensywnego pomocnika. Na skutek kontuzji, ponad godzinę dostał od trenera Zieliński. Polak, jak w większości meczów w barwach Interu, niestety na boisku po prostu był.
Tym, co w mojej opinii nieustannie cechuje Napoli Antonio Conte, jest organizacja gry. Christian Chivu natomiast jest w moich oczach kontynuatorem myśli Inzaghiego, co dotychczas całkiem nieźle mu wychodzi. Jasne, sobotnie widowisko nie potwierdza tej tezy, wszak piłkarskiej dojrzałości tam było niewiele. W Neapolu również nie powinni popadać w huraoptymizm. Jeszcze kilka dni temu, „zorganizowany” zespół Conte otrzymał 6 bramek „z rąk” PSV.
Kołysanka
Snu potrzebuje trener Legii, a nas bez żadnego problemu mógł uśpić wczorajszy klasyk. Muszę przyznać, że miałem pewien dysonans. Lech skompromitował się w czwartek w Gibraltarze. Legia potrzebuje punktów, jak człowiek tlenu. Tymczasem w drugiej połowie oglądaliśmy mecz, w którym literalnie nikt nie dążył do strzelenia bramki. W pierwszej części mogliśmy jeszcze dostrzec dynamikę, toczyła się ona cyklami, gdzie raz jedni raz drudzy przejmowali inicjatywę. Aktyny był Ismaheel, w defensywie harowali Ouma, czy Augustyniak. Po zmianie połów nie wydarzyło się jednak nic, o czym mógłbym pamiętać kilkanaście godzin później. „W oko wpadło mi” kilka błyskotliwych decyzji Kacpra Urbańskiego, którego strzały mogły być realnym zagrożeniem. Poza tym, moje oczy głównie chciały się zamknąć.


