Polskie orły #8: Plan wykonany bez większych turbulencji

Dobrze jest mieć przekonanie, że w starciach ze znacznie słabszymi rywalami, nie czeka nas niemiła niespodzianka. Takie przekonanie „kwitnie” we mnie od spotkania z Finami, a po zakończonym wczoraj zgrupowaniu, tylko się w nim utwierdziłem. Najważniejsze, że wreszcie wszystko zmierza w jednym kierunku, dobrym kierunku.

Nowozelandzkie nudy

Ucierpiały moje oczy, oglądając czwartkowy mecz na Śląskim. Dla Jana Urbana, sparing z Nową Zelandią mógłby być opatrzony roboczą nazwą „sprawdzam”, tudzież „poligon doświadczalny”. Dowodem tego spora liczba zmian. I rzeczywiście, spotkanie w Chorzowie mogło za taki weryfikator uchodzić. O zespole traktowanym jako całość powiedzieć można niewiele. Ten był eksperymentalny, ze sporymi rezerwami jakościowymi, poprawny w defensywnie, ale zarazem zupełnie bezproduktywny z przodu. Nieco więcej można powiedzieć o indywiduach ten skład tworzących, o czym w kolejnym segmencie. Reasumując wątpliwej jakości bój w „Kotle Czarownic”, długo w mojej głowie nie zagrzeje miejsca. W swojej treści mdły, nudny, rwany, najzwyczajniej słaby, obnażający deficyty „rezerwowego garnituru”.

Godny występ w Kownie

Zgoła odmienny obraz dostaliśmy wczoraj w Kownie, choć był to obraz noszący „dwie twarze” pod postacią pierwszej i drugiej połowy. Niemniej jednak, minione zgrupowanie, którego częścią właściwą był wczorajszy mecz, ująłbym słowem „ciągłość”. Mamy wykrystalizowany „szkielet”, bazę, pierwszą jedenastkę innymi słowy. Wiemy mniej więcej, czego się spodziewać, jesteśmy w stanie zidentyfikować tożsamość zespołu. Jan Urban w bardzo krótkim czasie „opracował projekt podatny na modyfikację poszczególnych rozwiązań”.

Do konkretów przechodząc. Pierwsza część spotkania nieco rozczarowująca, rwana, dająca zbyt wiele przestrzeni rywalom, zawierająca pojedyncze impulsy z przodu. Mówiąc impulsy, mam na myśli akcję poprzedzającą bezpośredni gol z rzutu rożnego, czy cudowne podanie Sebastiana Szymańskiego do Jakuba Kamińskiego, mijające litewską linię obrony. W drugiej połowie poziom mojego zadowolenia wzrósł skokowo. Sporo dynamiki, szybkiego transportu piłki, bardzo dobre wejścia Jakuba Kiwiora, który penetrował ofensywne rewiry. Dogranie Szymańskiego, zakończone bramką „Lewego” – zacna sprawa. Ponadto już całkowita kontrola nad przebiegiem meczu, czyli dokładnie to, czego w starciach z rywalami tej klasy wymagam. Drużyna Jana Urbana chce grać piłką, czego nie należy mylić z jałowym posiadaniem piłki. Nie da się przejść obojętnie obok stojącej na niezłym poziomie organizacji gry. Jasne, Finlandia oraz Litwa nie stanowią o sile współczesnego futbolu. Niemniej jednak znajdujemy się w pozycji, która wymaga docenienia dwóch czystych kont, nawet jeśli mierzymy się z ekipami o mniej okazałym potencjale.

Wyróżnienia i nagany

Czekaliśmy na błysk Sebastiana Szymańskiego i ten błysk dostaliśmy. Chciałbym tego zjawiska doświadczać znacznie częściej, albowiem potencjał drzemie w tym facecie ogromny. Od dłuższego czasu mamy świadomość o wykonywanej przez niego „pracy niezbyt podatnej na brawa”. Dobrze, że wczoraj Szymański potrafił także eksponować swój artyzm. Abstrahując od niecodziennej bramki, dostrzegliśmy penetrujące linię defensywną podania prostopadłe, czy świetne dogranie do Roberta Lewandowskiego.

Jak już przy „Lewym” jesteśmy, ten dał wymiar swojej wielkości. Umówmy się, do momentu bramki, Robert nie powalał jak chodzi o kompetencje strikerskie, cofał się, grał „na ścianę”, pełnił rolę rozgrywającego, toczył boje ściśniony między litewskimi obrońcami. Przychodzi jednak czas, kiedy „lis pola karnego” wyczuwa okazję, bazując na doświadczeniu, tudzież intuicji. Robert Lewandowski wiedział kiedy ruszyć, wejść, wyskoczyć, i wykończyć. Wielu nie wykonałoby podobnych ruchów w podobnej sytuacji.

Zupełnie nieźle ze swojej roli wywiązał się zastępujący Nicolę Zalewskiego, Skóraś. Nie były to może występy oszałamiające, ale solidne, aktywne, mogące pozostawić go w kadrze na dłuższy czas. Widać, że ważną postacią w układance Jana Urbana jest i będzie Matty Cash. Nie razimy urodzajem z prawej strony boiska, toteż Cash sprawia wrażenie obrońcy, wahadłowego i skrzydłowego w jednym. Cieszy mnie również fakt, że pierwsze skrzypce odgrywa Piotr Zieliński, który realnie przyczynia się do wzrostu jakości gry zespołu. W tym wypadku łyżkę dziegciu stanowi płaszczyzna klubowa, gdzie pozycja Piotra jest zgoła odmienna.

Na koniec kilka „nagan”, odnoszących się bezpośrednio do spotkania z Nową Zelandią. W swoich wnioskach nie chcę być przesadnie bezceremonialny, jednakże kilka większych, personalnych niedociągnięć jest. Mam przekonanie, że Przemysław Frankowski, Jakub Piotrowski, czy Krzysztof Piątek, nie są w stanie być dla zespołu stałą wartością dodaną. Wszyscy wymienieni w swojej grze są jednowymiarowi, pozbawieni „czegoś unikalnego”. Żeby nie być gołosłownym, Frankowski to szybki, poruszający się często w linii wahadłowy, niestworzony jednak do gry kombinacyjnej. Krzysztof Piątek na „tapecie” ma wyłącznie pole karne, gdzie oczekuje na dogodne dogrania. Jakub Piotrowski często „rozmywa się w krajobrazie meczu”. Wszyscy wymienieni w swoich atutach często są poprawni. Pytanie, czy poprawność jest wystarczająca. Oczywiście powoływanie krytykowanych przeze mnie postaci jest uzasadnione. Uzasadnienie nie leży jednak w ich jakości, ale w fakcie, że „nie szastamy dobrostanem”.

W ostatnich „Polskich orłach” pisałem: „Niech ten miesiąc miodowy Jana Urbana, przeistoczy się w miodową powszedniość” ( Polskie orły #7: Można się uśmiechnąć. Tonący statek wraca na powierzchnię – Bezkres sportu). „Miodowej powszedniości” jeszcze nie ma. Jest natomiast kolejny, dobry krok ku pozytywnej normalności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry