
Do drzwi coraz mocniej dobija się już koniec sezonu. Przesyt zaczyna przerastać głód, a widok mety powoduje raczej uśmiech, niżeli niedosyt. Jeśli jednak końcówka tegorocznej kampanii ma obfitować w „barwy”, w jakie obrastał pierwszy akt wielkiego finału PGE Ekstraligi, to mówię: „poproszę o dokładkę”.
Mistrza Polski nadejdzie czas ?!
W trwającym finale upatrywano najlepszego, najbardziej ekscytującego od lat dwumeczu. Trzeba przyznać, że jak dotychczas, „ciężar oczekiwań uniesiono z wielką klasą”, a „balonik wciąż rośnie”. W Toruniu miała miejsce „sztuka” wysokich lotów, „scena” wieńcząca wszystkie tegoroczne potyczki na Motoarenie. Mecz był to „kosmiczny”, aż ciężko dobrać odpowiednią liczbę epitetów go opisujących. „Cukierkowe” określenia tyczą się estetycznej strony sensu stricto. Jest jeszcze strona bardziej przyziemna, osadzona w nauce ścisłej o nazwie matematyka. Tam już mniej huraoptymistycznych uniesień, szczególnie po stronie lubelskiej.
Niedzielny mecz to trochę spotkanie spod szyldu „Pres Toruń vs Bartosz Zmarzlik i przyjaciele”. Jeśli trójka Holder-Lindgren-Cierniak zdobywa sumarycznie 10 punktów, to wiedz, że są kłopoty. Problemy były, od samego początku, aż po sam kres. Zaczęło się od „fundamentu”, do którego gospodarze dokładali „cegiełka po cegiełce”. Chwała Dominikowi Kuberze, że postanowił wesprzeć osamotnionego mistrza świata (również omylnego, co warte podkreślenia). Po drugiej stronie siła zespołu. Nie wymięka monstrualny tego roku „Duzers”, któremu dostojnie wtóruje cała reszta, wywiązując się z powierzonej roli. Jeszcze rok temu powiedziałbym, że „kulą u nogi” drużyny Piotra Barona są juniorzy. Dziś dwaj wychowankowie, w domowym rozdziale finałowego starcia, notują 9 punktów. Niedzielne widowisko było „egzaminem dojrzałości” projektu pod batutą wspomnianego Barona. Egzamin został zdany śpiewająco. Na dziś dzień, w Toruniu zgadza się wszystko – personalia, klimat, kibice, atmosfera, dyspozycja sportowa. Potrzeba „pieczątki”, „kropki nad i”, którą byłoby złoto.
Pytanie ze śródtytułu zadają sobie nie tylko fani Pres Toruń, ale i większość entuzjastów „czarnego sportu”. Możemy bowiem doświadczyć sprawy ikonicznej. Orlen Oil Motor na tronie zasiada od trzech lat. Na horyzoncie pojawiła się szansa, by „Anioły dosięgnęły gwiazd” pierwszy raz od 2008 roku. Szansa jest to ogromna, być może niepowtarzalna. Byłem jednym z nielicznych, którzy przed sezonem jako mistrzów Polski, widzieli torunian. Całą ogólnopolską dysputę obfitującą w niekończący się ciąg spekulacji i przewidywań, mógłbym skwitować następująco. Tylko Pres Toruń mógł zbudować na domowym obiekcie tak okazały kapitał, z tak wielką drużyną. Tylko Orlen Oil Motor może odrobić tak dotkliwą stratę z pierwszego meczu. Ja stawiam na „Anioły”, niezmiennie, od początku sezonu: Próba toru #16: Toruńskie anioły na drodze do gwiazd !? – Bezkres sportu .
Łomot
Rozsierdzeni „Spartanie” rozjechali na domowym torze Bayersystem GKM Grudziądz. Jeśli z omawianej potyczki mógłbym wymazać wynik, uznałbym to spotkanie za bardzo atrakcyjne. Naprawdę było czym się zachwycać. Michael Jepsen Jensen szorował po balotach, dwojąc się i trojąc na całej szerokości toru. Oprócz niego, wśród „Gołębi nie latał nikt”. Goście od początku skrajnie pogubieni z ustawieniami, nie znający recepty na jakikolwiek pozytywny impuls. Choć grudziądzanie mogą mówić o niezwykle udanej kampanii, tak niedzielne spotkanie pozostawia niemałą „rysę na szkle”.
Niebezpieczna, wściekła, łasa na zwycięstwo Betard Sparta zapewniła nam na „Olimpico” brutalny performance, spuszczając gościom srogi łomot. Czy brązowy medal jakkolwiek wrocławian ucieszy ? W ostatecznym rozrachunku pewnie tak. Na dziś dzień królować będzie poczucie niedosytu. Dla „Spartan” brąz to nagroda pocieszenia, ciążący na nich obowiązek.
Piła buja w obłokach
Za takie historie kocha się sport. Nie mówię w tym momencie wyłącznie o żużlu, ale o pewnej całości zjawisk związanych z poszczególnymi dyscyplinami. Za wszystkim bowiem najczęściej stoją ludzie rysujący rozmaite scenariusze, raz bezradni, innym razem wkraczający na nieznany sobie wcześniej pułap. Determinant takiego, a nie innego obrotu spraw jest cała masa. Niekiedy zaś ciężko o jakiekolwiek, sensowne wytłumaczenie. Pozostają dodające pikanterii pytania i wątpliwości…
Nie sądziłem, że Proenergy Polonia Piła będzie w stanie pokonać ekipę z Gdańska. Dwie porażki w rundzie zasadniczej i zdawałoby się mniejsza siła rażenia. A jednak, „niesieni na fali” zwycięstwa z faworyzowanym Gnieznem, postanowili z tej „fali” nie zbaczać. Ekipa oparta głównie na młodych zawodnikach, prowadzona przez jeżdżącego trenera – Norberta Kościucha, zadała kłam przewidywaniom. Trzymam kciuki za ten projekt. Żużel w Pile zdaje się mieć odpowiednich sterników, którzy nie wyprowadzą klubu na manowce. Stadion jest regularnie, stopniowo modernizowany. Pozostaje zadbać o warstwę finansową, a co za tym idzie – zbudować konkurencyjny zespół. W pewnym sensie mało spodziewany awans jest wyzwaniem, ale i bodźcem mogącym przyciągną ciąg pozytywnych impulsów, np. nowych sponsorów.


