
Jesteśmy u progu sezonu, za nami raptem dwie kolejki, a ja się czuję, jakby walka o mistrzostwo dobiegała końca. Tytuł tegoż właśnie artykułu jest znamienny. Wygląda na to, że Bayern nie ma „partnera do piłkarskiego tańca”. O ile sam nie potknie się o własne nogi, to powinien pomyślnie zakończyć „układ”. Nie samymi „Die Roten” jednak człowiek żyje, a kilka innych, ciekawych, wstępnych wniosków, można z tej niewielkiej dotychczas próbki wyciągnąć.
Nikt nie podskoczy ; atomowy start Eintrachtu
Rozprawmy się na początek z ekipą Vincenta Kompanego. Na start rozbili bezlitośnie kolegów z Lipska. Mecz otwierający nowy sezon Bundesligi nosił znamiona sparingu taktycznego, gdzie atakować może wyłącznie jedna drużyna. Manto ciężkiego gatunku, ciężkie do analizy, nie do końca oddające wszelkie blaski i cienie Bayernu. Spotkanie w Augsburgu zakończone zwycięstwem, co kluczowe, choć „Die Roten” nie wystrzegli sie momentu zaćmienia. Fantastycznie do zespołu wprowadził się Luis Diaz i jestem przekonany, że Bundesliga będzie go weryfikować wyłącznie w pozytywny sposób. Wróćmy do sprawy szumnego tytułu, wedle którego Bayernowi nie zagrozi nikt. A no nie zagrozi, bo nikt nie będzie w stanie wskoczyć na podobny pułap regularności i stałości dyspozycji. W ogóle mam wrażenie, że Bundesliga przeżywa okres przejściowy. Kilka klubów żegna fundamentalne gwiazdy (np. Wirtz, Woltemade, Simons), a co za tym idzie, należy wykreować nowe. Co się jeszcze Monachium tyczy, to wspomniana przeze mnie przed dwoma tygodniami „krótka kołdra”. Na Bundesligę wystarczy, pytanie co z innymi rozgrywkami…
Chwaliłem Eintracht Frankfurt, pracę Dino Toppmollera, „osobistą pieczątkę” uwydatnioną w stylu gry, piłkarski wzrost/rozwój poszczególnych postaci. Jak widać, nie są to słowa rzucane na wiatr, pierwsze dwie kolejki niejako je odzwierciedliły. Nie czarujmy się, ruszy Liga Mistrzów, potknięcia się pojawią. Ekipa z Frankfurtu buduje jednak kapitał, którym później będzie mogła się „żywić”. Podsumujmy to, co stało się dotychczas. Dwa pewne, wysokie zwycięstwa, finezyjne bramki, w końcu „strzał w dziesiątkę”, jakim okazuje się być sprowadzenie Ritsu Doana.
Bolesne spotkanie z ziemią ; polskie wątki
„Halo, tu ziemia”, można powiedzieć Bayerowi Leverkusen. Po dwóch latach bytu w wykreowanej przez Xabiego Alonso „krainie miodem i mlekiem płynącej”, zejście z „obłoków” okazuje sie zanadto brutalne. Były gwiazdy, już ich nie ma. Był projekt Erika Ten Haga i jego także już nie doświadczymy. Szybciutko nastąpił kres przygody Holendra w Niemczech, przygody nieudanej. Niezadowalające wyniki, to jedno. Ważniejszą stroną medalu, jak donoszą media, są liczne nieporozumienia, komunikacyjne „szumy”, czy brak wyraźnie określonego konceptu. Warstwa sportowa póki co leży i kwiczy, na co składa się między innymi wstydliwy remis w Bremie. Niemniej jednak, jakości w Leverkusen jest sporo, dlatego przy dobrym „konstruktorze”, nic jeszcze nie jest stracone. Na dziś dzień dokonano „przewrotu majowego”, a my będziemy obserwować, co z niego wyniknie.
Bundesliga wreszcie dostarcza nam jakichkolwiek doznań w kontekście Polaków. Długo czekaliśmy na strzeleckie przełamanie, ale jak już nadeszło, to w zdwojonym wymiarze. Na listę strzelców nie wpisał się Arkadiusz Pyrka, ale to właśnie jemu poświęcę słówko. Oglądałem cały inauguracyjny mecz z Dortmundem i muszę przyznać, że Polak wywarł na mnie całkiem niezłe wrażenie. Aktywność po prawej stronie, udział przy bramce, całkiem zacny występ. Kolejne słowo o popularnym „Kamyku”. Wszedł w sezon imponująco, Lukas Kwasniok daje mu sporo swobody, ale co najważniejsze – zaufania. To, co cieszy, to „konkret”, który pojawił się w starciu z Freiburgiem. Właśnie rzeczonych „konkretów” brakowało Kamińskiemu najbardziej. Nie czas, by poprzestać na jednej zdobyczy. Samo Koeln stanowi ciekawe zjawisko, swoisty „języczek uwagi”. Dwa mecze, komplet punktów, materiał do obserwacji
Szerokie ujęcie
BVB powoli się rozpędza, choć przypomina to nabieranie prędkości przez „wóz z węglem”. Najważniejsze, że w końcu wybrano się w Dortmundzie na zakupy. Podobną siłę rozpędu zmierzono w Lipsku. Na dole ci, co w przedsezonowych dywagacjach dół ten mieli tworzyć. Wyjątkiem Freiburg. Drużyna Juliana Schustera wyjątkowo skiepściła dotychczasową sprawę. Ciekawi mnie, czy Paul Simonis zaprowadzi do Wolfsburga powiew optymizmu. Ostatnie lata to dla „Wilków” swoiste „deja vu”, takie raczej mało ekscytujące


