
Przenośne znaczenie słowa „fajerwerki”, nakazuje myśleć, że w Chicago działy się rzeczy wyjątkowe. I tak też było, gdyż UFC 319 to nie lada gratka zarówno dla zwolenników szarż stójkowych, jak i miłośników zapaśniczych „kotłów”. Jedni upodobali sobie backfisty, inni 25-minutowe, konsekwentne męczenie rywala. W tym wszystkim swoją rolę odegrał nasz polski nerd, który pewnie sięgnął po drugą z rzędu victorię.
Świetny Oleksiejczuk
Zmaterializował się obraz pojedynku, który tkwił w mojej głowie przed jego rozpoczęciem. Zacznijmy może od usposobienia Geralda Meerschaerta. Wolny, „mułowaty”, rozpaczliwie poszukujący walki na ziemi, w której upatrywał swojego jedynego atutu. Każdy ruch Amerykanina mało przekonujący, pozbawiony animuszu. Przez ani jeden moment trwania walki nie zauważyłem przesadnej wiary we własne zwycięstwo, jak chodzi o zaprawionego w bojach Meerschaerta. Michał Oleksiejczuk zrealizował wyidealizowaną wersję game planu. Ani razu nie dał się sprowokować, nie uległ parterowym zachętom rywala, pozostawał we własnej strefie komfortu. Co więcej, Polak był czujny, mocno osadzony na nogach, a kiedy Amerykanin powoli zaczynał 'błądzić w innych przestworzach”, ruszył z efektowną kombinacją, dokończył sprawy na ziemi i założył „czadowe okulary”.
Dobrze się Oleksiejczuka ostatnimi czasy ogląda i życzę sobie, by ta passa trwała. „Fighting Nerds” wznosi go na inny poziom jako zawodnika MMA i tak jak pisałem kilka miesięcy temu, dobrze że bracia wyrwali się ze słynnej „szopy”. Co rozumiem poprzez słowo rozwój ? Przed, nazwijmy to metamorfozą, Polak uchodził w moich oczach za świetnego pięściarza, który jednak w newralgicznych momentach niekiedy przypominał „jeźdźca bez głowy” (np. walka z Holandem). Teraz Oleksiejczuk eksponuje swoje walory, a co najważniejsze, robi to efektywnie. Jestem ciekaw, czy te słowa znajdą swój wymiar w pojedynkach z mocniejszymi fighterami. Na brak pracy Polak długo narzekał nie będzie. Nie dość, że wyzwał Vettoriego, to na horyzoncie pojawia się walka w Paryżu. `
Performance MVP ; koncert Pratesa
Uwielbiam oglądać Michaela Page’a. Jak dla mnie, Amerykanin w trakcie pojedynku nie musi robić nic, w zupełności wystarczy mi jego hasanie po klatce. Nie dość, że facet swoim movementem daje ludziom nieprzeciętną rozrywkę, stwarza zamęt w głowie przeciwnika, to jeszcze potrafi być w swojej „grze” cholernie skuteczny. Bazuje na tempie, szybkości, pajacowaniu i mądrości zarazem, jakby to sprzecznie nie brzmiało. Mówię mądrości, bo na koniec dnia „Venom” walczy niezwykle ekonomicznie. Nie „strzela ślepakami”, wyprowadza ciosy rzadko. Kiedy już jednak postanowi wypalić „dynamicznymi armatami”, te z reguły znajdują destynację na ciele przeciwnika. Niedzielnego poranka, w pierwszych dwóch rundach, Cannonier, czyli zasłużona dla UFC postać, została w pewnym sensie ośmieszona.
Carlos Prates, teoretycznie antyteza świadomego profesjonalisty dzisiejszych czasów, w praktyce dostarcza kapitalnych doznań. Nie inaczej było w Chicago. Jasne, Neal próbował skracać dystans, nie położył się przed Brazylijczykiem, natomiast w dużej mierze było to show jednego aktora. Cudowne Muai Thai, maestria w każdym calu, świetnie lokowane kolana na wątrobę, kopnięcia kręcone niczym jakieś „kędzierzawe loki”. Dużo łatwiej budować pozycję w łańcuchu pokarmowym o nazwie UFC, jeśli walczysz jak Carlos Prates. Kończący pojedynek backfist to swoista wisienka na torcie i jak się okazało, również inspiracja. Coś o tym wie Lerrone Murphy, albowiem dzieło Brazylijczyka niemalże odwzorował kilkadziesiąt minut później. Pico, który niejako wypuścił z rąk „złoty róg”, ma czego żałować.
Totalna miazga
Andrzej Janisz oraz „Juras”, kometując to starcie, użyli frazesu: „Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził”. Ciężko w zaistniałej sytuacji znaleźć lepsze słowa ją obrazujące. Nie pałam sympatią do Chimaeva, a wręcz tkwi we mnie poczucie antypatii. Wypada mu jednak oddać sportową chwałę, bo zawodnikiem wszechstylowej walki wręcz jest wyjątkowym. Nie znalazły odzwierciedlenia scenariusze, które przewidywały potencjalne problemy kondycyjne Czeczena. Walka wieczoru UFC 319 to istna „zapaśniczo-parterowa rzeź” w każdym calu, prawdziwa „droga krzyżowa” Dricusa. Statystyki czasu kontroli parterowej, ilości wyprowadzonych ciosów, są najzwyczajniej znamienne. Szacunek „Afrykanerowi” niemniej jednak się należy. Wytrzymał 25 minut z nie lada „drapieżnikiem”, co wcale nie jest oczywiste, nie dał przeciwnikowi zapiąć duszenia, do końca wierzył w diametralny zwrot akcji. Merytorycznych argumentów Du Plessis nie miał jednak żadnych.
Na koniec sprawa, która wywołuje we mnie niemałe oburzenie. Nie rozumiem, dlaczego na kartach punktowych tylko jedna runda została rozstrzygnięta w stosunku 10-8. Co ten Chimaev miał więcej zrobić, by jego absolutna dominacja została zauważona przez sędziów punktowych. W moim mniemaniu to absurd w pełnej krasie. Istnieją bowiem pewne zasady, przepisy, tudzież wytyczne, które w ostatecznym rozrachunku stają się martwe.


