
Chłodno przywitała nas nowa kampania, a już na pewno moją osobę. W przypadku „papierowych hitów” często powtarza się prawidłowość, która sprawia, że wspomniane mecze hitami pozostają wyłącznie na papierze. Dziś trochę o spotkaniu na Old Trafford, zaglądniemy również do Birmingham. Na koniec słowo o polskich „podbojach”, bardziej lub mniej udanych.
Nudy na Villa Park
Nie zapamiętam tego spotkania na długie miesiące, choć liczyłem, że będzie inaczej. Newcastle oraz Aston Villa to jest swego rodzaju gwarant jakości, ale sobotniego południa niekoniecznie ją eksponowali. U progu spotkania (później zresztą także ) lepiej prezentowali się goście, choć nie przesadzałbym z pochlebstwami. Sporo niedokładności, niechlujstwa, braku odpowiedniej koncentracji. Wyglądało to trochę tak, jakby trwał okres sparingowy, a drużyny nie zdawały sobie sprawy, że „gra” już się rozpoczęła. Niemniej jednak kilka plusów wśród „Srok” można rozdysponować”. Aktywny był Gordon, stuprocentową sytuację miał Elanga, przyzwoicie wyglądał Tonali. „The Villains” ospali i bierni. Tyle dobrego, że czujny zdecydował się być Bizot. W innym wypadku, wynik mógł wyglądać troszkę inaczej.
W prezentowaniu swojej powyższej opinii, nie oddzieliłem zbytnio wydarzeń z pierwszej i drugiej części, wszak były to połowy podobne, czyli równie przeciętne. Wydawać by się mogło, że czerwona kartka Konsy powinna sytuację zdynamizować. I pozornie zdynamizowała. Newcastle przejęło piłkę, Villa się broniła, ale konkretów jak nie było, tak nie ma. Daleko idących wniosków wysuwać nie zamierzam. Myślę, że obie ekipy ten remis szanują.
Mariaż rożnych i Arsenalu
Spotkanie w Manchesterze było raczej meczem o wartkiej akcji, choć wynik niekoniecznie na to wskazuje. Przez długi czas trwania hitu pierwszej kolejki miałem wrażenie, jakby środek pola nie istniał. Sporo akcji pchanych bocznymi sektorami, aktywni Mbuemo, czy White. Mogła się ta karuzela podobać. Kilka rzeczy w Arsenalu nie uległo zmianie, jedną z nich jest broń pod postacią rzutów rożnych. To właśnie corner otworzył i zamknął zarazem sprawę wyniku. Innym niezmiennym elementem jest coraz częściej zaprzęgany szerokopojęty pragmatyzm. W drugiej połowie „Kanonierzy” w sporej mierze „cierpieli”. Posiadając jednak taki blok obronny i takiego bramkarza, „cierpienie” wcale nie musi okazać się bolesne w skutkach.
Jak o United chodzi, w tym całym niebycie są promyczki nadziei. No bo Mbuemo sprawia wrażenie przydatnego ogniwa, bo Cunha zademonstrował kilka swoich rajdów. Miało United momenty, tyle że na ich drodze stawała skąd inąd znana skuteczność, a w zasadzie jej brak.
Pucharowe konstelacje
Co, tak po krótce, przyniosła nam poprzednia runda ? Porażkę Lecha, która niby była wliczona w rachubę, jednak dłuższy fragment pierwszego spotkania mógł rozpalić nadzieje. Drużyny lepsze od słabszych różni między innymi to, że mimo chwil impasu, ci lepsi przechylają szalę na swoją korzyść. Lech i Crvena to jeszcze drużyny z innej półki. Porażkę „Kolejorza” mógłbym do pewnego stopnia usprawiedliwić kontuzjami, choć w mojej opinii byłoby to lekkie zakrzywienie rzeczywistości. Przegrała również Legia i to głównie za sprawą drugiej połowy w Larnace. Z całym przekonaniem uważam, że Cypryjczycy nie stanowili przeszkody nie do pokonania. Idealnie ten fakt uwydatniło spotkanie rewanżowe. Pierwsza połowa bardzo dobra w wykonaniu „Legionistów”, którzy uskuteczniali „taktykę na dwa wieżowce” w ataku. Druga część to jednak kolejny brak prądu, za co należy ponieść konsekwencje. Jaga awansowała w pewnym stylu, choć z punktu widzenia rankingu szkoda niepotrzebnego remisu. Adrian Siemieniec wyciąga wnioski, świetnie wkomponowuje nowe „elementy”, ma na boisku swoje „przedłużenie” pod postacią Jesusa Imaza. Żyć i być, droga Jagiellonio. Raków zrehailitował się za niefortunną porażkę w Częstochowie, jednak warstwę sportową cieniem okrył skandal z udziałem izraelskich kibiców. Absurd, farsa, szerzenie nieprawdy – cieszy reakcja całego środowiska.
Rozkład jazdy jest następujący. Legia podejmie szkocki Hibernian, Raków bułgarską Ardę, Jagiellonia albańskie Dinamo, zaś Lech belgijski Genk. Z oczywistych względów „rysopisu” wymienionych wyżej drużyn przedstawiać nie będę. Nie czas również tworzyć kwadraturę koła, dlatego będzie krótko. Liczę, że słowa o wielopłaszczyznowym rozwoju polskiej piłki (Zacny początek europejskich wojaży – Bezkres sportu) znajdą swój wymiar w tym, że za niecałe dwa tygodnie obwieszczona zostanie wieść o czterech zespołach w fazie ligowej. Lekko przymkniętym okiem spoglądał będę jedynie na Lech, co nie znaczy, że przed Genkiem Poznanianie mają uklęknąć.


