
Za nami w założeniu żużlowy teatr marzeń na największej ze wszystkich scen. Nobilitacja i „mokry sen” żużlowców, a impreza wielkiej rangi dla kibica. Wydarzenie, które przyciąga nie tylko ludzi związanych ze światem speedwaya, ale również tych spoza środowiskowej bańki. Czy założenie znalazło swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości ? Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć w dzisiejszym „Żużlowaniu”.
Kontekst okalający sport
Byłem na żywo po raz trzeci, namacalnie doświadczając tego niezwykle efektownego widowiska. Fani całej żużlowej Polski, choć nie tylko, po raz kolejny nie zawiedli i szczelnie wypełnili PGE Narodowy. Było głośno i dojmująco w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ukrywajmy, PGE Narodowy to w znacznej mierze „kościół Bartosza Zmarzlika”, toteż atmosfera niekiedy się upłynniała, co związane z szeroko zakrojonymi męczarniami polskiego mistrza. Było również nośnie i z przepychem, w końcu to największa żużlowa impreza w kalendarzu, co oczywiście dało się odczuć. Cieszmy się wielkimi stadionami – tak szybko uciekają. Kiedyś to było, Gelsenkirchen, Goteborg, Kopenhaga, a teraz już nawet Cardiff nie ma…
Kangury górą
Jak co roku, po stokroć odgrzaliśmy fakt, że wciąż czekamy na triumf Polaka. I jeszcze sobie chwilę poczekamy. Co się tyczy wrażeń artystycznych na „polskiej agrafce”, to było ich niewiele.. Optymalna linia środkiem toru, ewentualnie po rancie odsypanego. Po zewnętrznej dało się nabrać prędkości, ale wtedy na drodze stawała krótka prosta. Świetna czwarta seria startów, gdzie „żużlowe nożyce” zaserwowali Patryk Dudek i Bartosz Zmarzlik, a Robert Lambert po płocie minął Cierniaka. Poza tym raczej ubogo.
Australijskie maszyny, czyli Jack Holder oraz Brady Kurtz byli niezwykle szybcy i łasi na sukces. Szczególnie ten pierwszy – prędki od pierwszych taktów do końca sztuki, budujący pokaźną przewagę nawet na tak krótkim owalu. Kurtz z kolei zgłasza aspiracje do walki o czołowe lokaty. Słowa uznania należą się także piątemu Andrzejowi Lebiediewowi. Ciekawe, czy on sam jest choć trochę zaskoczony swoją świetną dyspozycją w cyklu. Liczę, że pewną pozytywną stałą, Łotysz przełoży również na front ligowy. Bardzo niemrawie, wręcz anonimowo sezon zaczyna Martin Vaculik. Warszawa nigdy nie stanowiła obiektu westchnień Słowaka, ale w sobotę wyglądało to wyjątkowo źle.
Polacy róźnie, ale z małym happy endem. Bartosz Zmarzlik męczył się niemiłosiernie, aż żal było patrzeć. Dominik Kubera bardzo chwiejny, ale nowa formuła zawodów sprawiła, że nawet przeciętny występ okazał się szansą na czołowe lokaty. W najważniejszym momencie pokazał swój kunszt, wykorzystał daną przestrzeń, za co oczywiście brawa. Zdecydowanie większe brawa należą się za to Patrykowi Dudkowi. Póki co, ten sezon niczym bajka układa się dla „Duzersa”. Sekret podobno tkwi w szerokim wachlarzu możliwości sprzętowych / dobrym przygotowaniu / bogatych zasobach.
Szybkiego powrotu do zdrowia dla Jasona Doyle’a. Koszmarnie wyglądała ta kraksa. Dobrze, że obrażenia nie okazały się zbytnio rozległe. Ten gość sporo przeszedł ostatnimi czasy i ważne, by więcej czasu spędzał na torze, niż na szpitalnych korytarzach.


