
Z każdą kolejną walką atmosfera stawała się coraz gęstsza. Dynamika wydarzenia sprawiała, ze stopniowo oplątywała nas większa liczba sportowych doznań i emocji. W końcu doszliśmy do apogeum, gdzie poprzeczka została zawieszona niezwykle wysoko. Powstał twór niemalże doskonały, idealny. Choć gala XTB KSW 105 przeszła już do historii, to w pamięci kibiców z pewnością pozostanie na długo.
Walkę roku chyba już znamy
W zasadzie nie wiem, co powiedzieć. Pojedynek Adriana Bartosińskiego z Andrzejem Grzebykiem wymyka się racjonalnemu poznaniu. To trzeba zobaczyć, tego trzeba doświadczyć Wzajemna niechęć już od początku znalazła odzwierciedlenie w klatce. Ambicja i determinacja wylewała się uszami. Zwaśnieni rywale, niczym dwa wściekłe harty, ruszyli na siebie od pierwszych sekund. Mało kunktatorstwa, mało kalkulacji. Ciągła nawalanka w bliskim kontakcie. I tak przez blisko 3 rundy. Później Adrian Bartosiński zaprzągł swoją broń w postaci grapplingu, mądrze rozgrywając 4 i 5 rundę. Osobiście rezultat tego starcia widziałem w konfiguracji 49-46 dla fightera łódzkiego Octopusa. Nie to jest jednak w tym wszystkim najważniejsze
Adrian Bartosiński od połowy 1 rundy walczył z zerwanym bicepsem. Jak można wywnioskować, przez ponad 20 minut toczył bój nie tylko z przeciwnikiem, ale również ten wewnętrzny – z samym sobą. Ten stan idealnie obrazowały przerwy między poszczególnymi starciami i słowa, które w stroną mistrza kierował Dawid Pepłowski – swoiste przedłużenie Bartosa w klatce i niepodważalna wartość dodana. Cały pojedynek to dobitny akt herozimu i namacalny dowód, że mistrzami nie zostają zwykli zjadacze chleba. Czapki z głów !
Nie należy obojętnie przechodzić obok osoby Andrzeja Grzebyka. Choć przegrał ten pojedynek na kartach, to na pewno nie stracił w świadomości fanów. Był lepszy niż się spodziewałem, sięgnął własnego szczytu. Czasem niegramotny w ruchach, co jest niejako wpisane w jego osobę, ale szybki, celny, ostry, błyskotliwy i zwierzęco zdeterminowany. Grzebyk stanowił rzeczywistą siłę przeciwstawną dla „łódzkiego bzika”. To była prawdziwa sztuka dramatyczna, dla konseserów. Wielkie brawa dla obu aktorów.
Grappler Szpilka
Czy fakt sięgnięcia Artura Szpilki po zapasy był dla mnie zaskoczeniem ? Raczej nie. Spodziewałem się, że w sytuacji zagrożenia ( a ta miała miejsce stosunkowo szybko) sięgnie po broń w postaci parteru. Nie postawiłbym jednak żadnych pieniędzy na poddanie trójkątem rękoma. Pan „Szpila” na naszych oczach przekształca się w przekrojowego zawodnika MMA. Widać, że odrobił lekcję, rozbudował wachlarz umiejętności, ale i nabrał pewności, która pozwoliła mu wykorzystać zgromadzoną wiedzę, Dobrze, że wrócił do WCA pod skrzydła Arbiego. Świetnie, że ma przy sobie wsparcie w postaci Michała Materli, czy Mameda Khalidova. Ten miks doznań zaowocował tym, co widzieliśmy wczoraj.
W kontekście Zimermana ciężko cokolwiek powiedzieć. Trafił jednym ciosem, po czym paradoksalnie stał się bezradny. Errol wielkim fighterem był i jest, jednak wczoraj to nie on zasługiwał na centrum uwagi i atencję odbiorców.
Bestia straight from England
Mariusz Pudzianowski nigdy nie słynął z tytanowej szczęki. Problem w tym, że ostatnimi czasy brakuje tego, co wydaje się solą tego sportu – woli walki, siły, która niezależnie od okoliczności nakazuje ci pozostać w starciu. Jeden cios jest w stanie wywołać u „Pudziana” reakcję bliską rezygnacji. Ponadto polska ikona ma już 48 lat. Nie wypominam mu wieku, nie mam prawa nikomu kończyć kariery, tym bardziej postaci niemalże pomnikowej. Zastanowiłbym się jednak poważnie nad dalszą rolą w sporcie, nad tym, czy to jeszcze ma sens. Czy warto odcinać kupony i podburzać swoją niebagatelną pozycję w historii polskiego MMA ? Nie wydaje mi się
Eddie Hall wszedł do klatki bez kompleksów, bez presji (zarówno tej zewnętrznej, jak i wewnętrznej), bez oczekiwań, bez przesadnych umiejętności. Uśmiechnięty Anglik w ciele monstrum trafił na rozerwaniu ładnym bądź co bądź ciosem, targnął Mariuszem jak workiem ziemniaków i dokończył dzieła na ziemi. Postać sympatyczna, która pracę mu powierzoną wykonała w stu procentach – tą marketingową, promocyjną oraz tą bezpośrednio sportową.
King Artur
Artur Szczepaniak przeżywa kapitalny czas w swojej karierze. Renesans to zbyt duże słowo, albowiem nigdy nie było upadku. Chcę jednak podkreślić dobrą robotę, którą raz po raz wykonuje Polak mieszkający na co dzień w Belgii. Świadomość, siła, precyzja. To show nie potrwało zbyt długo, ale koniec był bardzo treściwy. High kick przeszywający rękawice – to robi wrażenie. Wartość zwycięstwa bardzo duża, wszak Igor Michaliszyn to ścisła czołówka kategorii. Jestem pewien, że i jeden i drugi nie raz jeszcze będzie nas obdarzał swoimi nietuzinkowymi, wykraczającymi poza przeciętność umiejętnościami.
Dopełniające piękny obraz batalie
Trudny orzech do zgryzienia mieli sędziowie starcia Bajor-Sakai. Sam pojedynek bardzo dobry, przede wszystkim dynamiczny jak na kategorię ciężką. Przy całym obrazie gali XTB KSW 105, stacie to nieco wtapia się w tło. W każdym innym wypadku, należałby do jednego z głównych przedmiotów publicznej dyskusji. Momenty miał Sakai, momenty miał Bajor. Polak trafiał częściej, Brazylijczyk trafiał mocniej. Bajor uciekał się do różnych rozwiązań, wstawał spod potężnego rywala, w momencie potencjalnej szansy niepotrzebnie moim zdaniem poszedł po klincz. W konsekwencji nieznacznie górą strikersko usposobiony Brazylijczyk. Zastanawiam się, jak wyglądałaby rzeczywistość, gdyby Polak posiadał lepsze warunki fizyczne, bowiem narzędzi w rękach ma naprawdę sporo.
Niemałą niespodziankę sprawił „Wiór”, który jak sam mówi – podarł wiele kuponów. Koziorzębski nie zaskoczył obraną strategią, jednak wyglądał w niej bardzo jakościowo. Dobrze kontrował na wstecznym, używał firmowego nożycowego middle kicka, mieszał płaszczyzny uderzeń, efektywnie pracował na nogach, obalał w tempo. Widać rozwój i progres, który udokumentował cennym zwycięstwem. „Łotewski ekspres” jakiś taki nie za szybki był wczoraj. Wlatywał seriami ciosów, często niecelnymi, nierzadko bez przemawiającej myśli przewodniej.
Laura Grzyb pewnie rozprawiła się z rywalką, wykorzystując świetną grę pięściarską, wyprzedzając każdy ruch przeciwniczki. Przez długi czas dokładała do tego niezłą defensywę zapaśniczą, która została przełamana dopiero w trzeciej rundzie.
Popisowym poddaniem popisał się Adam Niedźwiedź. Z drugiej strony kto, jeśli nie on ma pokazywać piękno brazylijskiego jiu jitsu. Omoplata to naprawdę rzadko widziana technika.
Denis Górniak pokonał Michała Turyńskiego. Tak jak przewidywałem, „Flinston” swojej szansy poszukał na ziemi. W tej płaszczyźnie uznany kickboxer pozostawał zwyczajnie bezradny.


