
Federacja KSW w sobotę ponownie zawita do swojego strategicznego miejsca – do Gliwic. Skoro PreZero Arena, to i przednia rozpiska. Nie inaczej jest teraz, gdzie walki o wysokim stężeniu sportowym wzbogacone są medialnymi tuzami. Wokół federacji ostatnimi czasy dzieje się sporo, w wielu rozmaitych kontekstach, za sprawą różnych kroków i decyzji. Tego również nie pominę w tym artykule, gdzie przede wszystkim postaram się nakreślić obraz przed czekającymi nas sportowymi grzmotami.
Kołowrotek medialny
Mam wrażenie, że od okresu przed jubileuszowym KSW 100, federacja nie daje o sobie zapomnieć. To pokłosie licznych słów i decyzji – jednych zrozumiałych, innych nie do końca. Żeby nie być gołosłownym, przeprowadźmy małą rekonstrukcję zdarzeń.
Przed ostatnią galą w Gliwicach pożegnano się z Maciejem Turskim. Decyzja w mojej ocenie błędna i niepotrzebna. Dlaczego ? Strata naprawdę rzadko spotykanej jakości dziennikarskiej, pełnego charyzmy oraz wyposażonego w dobry warsztat komentatora. Turski zapłacił cenę za koneksję ze światem freaków. Nie uważam, że przez jego osobę, ludzie nie odróżniają obu rzeczywistości, mylą sport z tanią rozrywką. Rozumiem obfite w ideały uniesienia KSW i chęć postawienia wyraźnej granicy, jednak jeśli mówimy o tym konkretnym kroku, to akurat ten uważam za zły.
Przełom stycznia i lutego to konflikt w środowisku sędziowskim, a co za tym idzie pożegnanie sędziego Jarosza. W te zawirowania nie mieszałbym jednak federacji, bowiem to nie ona jest prowodyrem całej scysji. W tej kwestii wiemy wciąż stosunkowo niewiele, słowo występuje przeciwko słowu. To temat obszerny, wielowymiarowy, nie na ten czas i ten artykuł.
Niedawno debatę publiczną poruszyła decyzja francuskiej komisji i brak pozwolenia dla zawodników na tatuaże eksponujące sponsorów w trakcie walki. Tu również federacja niewiele miała do powiedzenia. Pytanie, czy mogła cokolwiek zrobić. Czy mogła potencjalnie przestrzec zawodników, wiedząc, że coś się kroi. Odnośnie tej sprawy w pełni zgadzam się z wygłoszoną kilka tygodni temu przez Alberta Odzimkowskiego w programie Oktagon Live opinią, który takowy ruch francuskiego podmiotu nazwał „komunizmem”. Tak w rzeczy samej jest, bowiem praktyka przypomina mechanizm, którego celem jest równość poprzez wykluczenie.
Głównym rozgrywającym, bohaterem nagłówków w ostatnim czasie jest Martin Lewandowski. Współwłaściciel federacji przestał bawić się w jakąkolwiek poprawność polityczną i „kładzie kawę na ławę” zgodnie z własnymi przekonaniami, serwując nam niezłą jazdę bez trzymanki. Nie zawsze się zgadzam z jego punktem widzenia, wręcz zgadzam się coraz rzadziej. Ciągłe przekonanie o własnej wyższości i spoglądanie z góry na konkurencję uważam za niebezpieczne. Choć czeski Oktagon to wciąż sportowo inna półka, to walorami marketingowo-sprzedażowymi powoli prześcigają polskiego potentata. Słowa o odchodzącym Robercie Ruchale uważam za mało taktowne. Mimo to, taka postać jak Lewandowski jest potrzebna, bynajmniej moim zdaniem. Ożywia, a wręcz stwarza przestrzeń do dyskusji, wprowadza koloryt, polaryzuje. Trochę w myśl sformułowania: „Nie ważne co, ważne, żeby mówili”.
Ostatnim poruszonym przeze mnie podpunktem jest wałkowany problem promocji wydarzeń. Nie popłynę w tym momencie populistycznym nurtem. Nie zgadzam się z opiniami, że KSW marketingowo leży i kwiczy. Elementów do poprawy jest cała masa. Program „Oko w oko” bohaterów walki wieczoru okazał się miałki i bez jajeczny ze względu na dobór prowadzącego, ale nie tylko. „Red” został rzucony na głęboką wodę, gdzie po prostu sobie nie poradził (swoją drogą lekka hipokryzja ze strony KSW. Ernest Ivanda nie stonił od występów w federacji PRIME). „Bartos” wszedł nieco w konwencję, jednak w jego słowach brakowało konsekwencji. Poruszał wątki godzące w przeciwnika, których nie chciał rozwijać. „Double Champ” od połowy programu chyba nie czuł się zbytnio komfortowo. Po emisji wciąż zostałem w punkcie zero, bowiem nie specjalnie podekscytowała mnie ta sytuacja, a i moja wiedza nie została wzbogacona. Wracając jednak do klu, federacji nie można odmówić starań. Zagraniczne konferencje, świetnie przyjęta seria „Battlecourse”, media trening, masa różnorodnego contentu w social mediach. Widać, że sztab odpowiedzialnych za to osób chcę budować ten produkt.
W sobotę ważne wydarzenie, pewnie jedno z bardziej prestiżowych w tegorocznym kalendarzu. Hybryda rozwiązań związana z wyposażeniem się w transmisję, zaoferowana przez Canal+ pozwoli zbadać federacji oraz partnerowi telewizyjnemu maksymalny popyt na dobro, jakim jest czołowy event KSW. Dość już jednak o kontekście pozasportowym. Przejdźmy do tego, o co tak naprawdę chodzi w tym całym zamieszaniu.
Karta wstępna
Na pierwszy ogień waga ciężka. Michał Turyński vs Denis Górniak. Walka, która raczej toczyć się będzie na nogach. Turyński to doświadczony kickboxer, który w zawodowym debiucie, mimo zwycięstwa, nie wyglądał zbyt obiecująco. Na ziemi bazował raczej na instynktach, co wynika z braku doświadczenia. Górniak wydaje się być zawodnikiem bardziej przystosowanym do wszechstylowej walki wręcz, mimo słabego występu z Markiem Samociukiem. W razie tarapatów, może uciec się do innych narzędzi, które niekoniecznie musi posiadać oponent. To na niego stawiam w tej batalii.
Naprzeciw Marcina Krakowiaka stanie Adam Niedźwiedź. Pierwszy po porażce, drugi po zwycięstwie, co w ostatecznym rozrachunku może okazać mylące. „Krakus” wraca po porażce z rąk Muslima Tulshaeva. Zawodnik Octopusa ostatnio w innej odsłonie – bardziej metodyczny, spokojny, nie dający ponieść się walce. Być może teraz wróci do stylu, poprzez który zyskał serca wielu kibiców. Adam Niedźwiedź w ostatnim starciu powrócił naprawdę z dalekiej podróży. Lekka rdza była dostrzegalna. Ponadto alarmujący jest fakt, że stosunkowo szybko doświadczył nokdaunu. Jeśli miałbym stawiać pieniądze, postawiłbym na Marcina Krakowiaka. Na nogach to on powinien grać pierwsze skrzypce. Parter to kraina wirtuozerii Adama Niedźwiedzia.
Dania główne
O pojedynku Laury Grzyb rozpisywać się szczególnie nie będę. O Polce w formule MMA nie wiemy jeszcze nic. Wydaje się, że jej rywalka to rozsądny wybór na pierwszą walkę w nowej rzeczywistości. Oczekuję zjawiskowej stójki zaczerpniętej z boksu, jednocześnie przystosowanej do mieszanych sztuk walki oraz solidnej obrony obaleń, gdyby takie niebezpieczeństwo zaistniało. Cieszą słowa Laury, która za priorytet stawia widowisko. Od słów należy teraz przejść do czynów.
Bajor vs Sakai to starcie na szczycie kategorii ciężkiej. Pojedynek, którego przebieg niezwykle ciężko jest mi przewidzieć. Zdaje się, że Brazylijczyk może polować na pojedynczy cios lub kombinację, zaś na tego bardziej mobilnego kreuję Bajora. Na miejscu Rzeszowianina byłbym ostrożny i starałbym się sprowadzić walkę na ziemię. To nie będzie jednak łatwe zadanie – Sakai z niejednego pieca chleb jadł. Faworytem były fighter UFC.
Ciekawie zapowiada się bój Madarsa Fleminasa z Kacper Koziorzębskim. „Łotewski ekspress” z walki na walkę dopełnia nam swój obraz, poszerzając ofertę. Do nietuzinkowej stójki, w starciu z Igorem Michaliszynem dołożył również niezłe zapasy. „Wiór” z kolei znajduje się na fali dwóch zwycięstw. Teraz poprzeczka zawieszona jest wyżej, a ewentualne zwycięstwo trzeba będzie uznać za duży krok do przodu. Mimo niezłego, lotnego boksu, często używanych middle kicków, to w Łotyszu upatruje zwycięzcę. Stójkowy wachlarz Fleminasa jest w moim mniemaniu szerszy, dający więcej możliwości.
Porządną zagwozdkę mam, kiedy myślę o batalii Igora Michaliszyna i Artura Szczepaniaka. Fighter Silesian Cage Club uchodzi za zawodnika kompletnego, gotowego do walki w każdej płaszczyźnie, adaptującego się do warunków, jakie stwarza bieg klatkowych wydarzeń. Ostatnimi czasy nie powalał na kolana, ale wciąż odnosił cenne, pewne zwycięstwa. Artur Szczepaniak eksplozywny, efektowny, o nieprzeciętnej sile, po cennej victorii z Alexem Lohore. Zapowiada się frapujące stylistycznie starcie, którego scenariusz może przybrać absolutnie dowolną formę. W tym momencie zrobię dostojny unik i uchylę się przed wskazaniem zwycięzcy.
Walki wieczoru
Artur Szpilka i Errol Zimmerman to pierwszy ze wspomnianych medialnych tuzów. Zwycięzca tego pojedynku będzie mógł marzyć o pięciu się do góry po szczeblach kategorii ciężkiej. Szpilka przedefiniował swój okres przygotowawczy, dywersyfikując miejsca treningowe. Errol postanowił zrzucić trochę zbędnego balastu, by móc eksponować swoje nietuzinkowe umiejętności kickboxerskie. Oboje sprawę traktują poważnie i będąc szczerym, z dużą ciekawością spoglądam na to starcie. Aby „Szpila” odniósł zwycięstwo, musi w oktagonie zacząć używać mózgu, atutu w postaci boksu, ewentualnie zaprzęgnąć zapasy. To już nie jest nowicjusz i jestem pewien, że w ciężkiej sytuacji będzie w stanie uwydatnić to, czego nauczył się choćby od Michała Materli. Kolejną kluczową kwestią jest szczelna garda. Z opuszczonymi rękoma, Polaka bardzo szybko może spotkać dotkliwa kara. MMA to w końcu nie pięściarstwo. Nie sądzę, by Errol chciał sprowadzać pojedynek na ziemię. Nie zawaha się za to użyć broni, w postaci piekielnych kopnięć. O ile szybkość powinna być domeną Artura, to Zimmerman jednym ciosem może zakończyć zabawę. Serce mówi Szpilka, rozum lekko wskazuje na Errola.
Saga z Pudzianem zakończona, a w szranki stanie z nim Eddie Hall. Pojedynek freakowy ze względu na formułę, jednak z dużą dozą sportu ze względu na postaci i ich osiągnięcia. Brytyjczyk napędza koniunkturę za granicą, chętnie promuje wydarzenie i wydaje się być naprawdę fajnym, inteligentnym facetem. Przed Hallem wyzwanie ogromnej wagi. Bezsensowne jest porównywanie danych, bowiem doświadczeniem Mariusz miażdży Brytyjczyka. Problem w tym, że Polak znajduje się już na końcu swojej pięknej sportowej drogii, zaś młodszy, krewki Hall pragnie zadziwić świat sportów walki. Ciężko narysować potencjalny scenariusz tego starcia. Niech się dzieje ! Mimo wszystko, pewien sufit ciężko przebić, toteż uważam, że w sobotę „Polska będzie gurom”.
Na deser wyczekiwany rewanż. Można powiedzieć: W KOŃCU ! Andrzej Grzebyk rozpędzony, nagrzany, pragnący udowodnić światu, że jest w błędzie. „Bartos” z wodospadem wniosków i skrupulatnie odrobionym zadaniem po lekcji od Mameda Khalidova. Atmosfera napięta, powietrze gęste, bo co tu dużo mówić, panowie nie pałają do siebie bezgraniczną sympatią. Pierwsze starcie (KSW 67) może, ale nie musi stanowić jakiegokolwiek punktu odniesienia. Obaj fighterzy to już zupełnie inni zawodnicy. Problem w tym, że rozwój u każdego z nich przebiega w odrębny sposób. Uważam, że Andrzej Grzebyk ustabilizował dyspozycję, dzięki czemu jest w stanie sięgać własnego szczytu, który jednak został zdobyty już wcześniej. Mówiąc bardziej konkretnie, jego zmieniający się obraz stanowi bardziej ewolucję, niż rewolucję. Ostatnimi występami uwydatnia swoją najlepszą wersję, jednak ciężko nazwać to zjawisko skokowym rozwojem. Ten potencjał dalej zauważalny jest u „Bartosa”, który w moim mniemaniu do swojego sufitu jeszcze nie doskoczył. Wyjazdy do Stanów Zjednoczonych, czerpanie wiedzy z wielu źródeł i po prostu – wygląd poszczególnych starć każe sądzić, że faworyt jest jeden i jest nim podopieczny trenera Pepłowskiego. Ewentualnych szans Grzebyka upatrywałbym w wymianie stójkowej, o ile do niej w ogóle dojdzie. W rzemiośle zapaśniczo-grapplingowym dominować powinien Bartosiński.


