Czas mistrzów #5: Znamy półfinalistów ; godne pożegnania

Jeśli myślicie, że ciężko jest już was czymkolwiek zaskoczyć, to spójrzcie na część ćwierćfinałowych spotkań tegorocznej Ligi Mistrzów. Barcelona miała wybrać się na krajoznawczą wycieczkę do Dortmundu, a tam dopełnić formalności. Tyle ile strachu najedli się wczoraj kibice „Dumy Katalonii”, to wiedzą oni sami. Podobnie rzecz się ma widowiska na Villa Park. Dziś już nie byliśmy świadkami podobnych ekscesów, choć w Mediolanie wydarzenia mogły przybrać inny bieg.

Pewni swego Kanonierzy

Z jednej strony przed spotkaniem myślałem sobie tak: Kto ma dokonać niemożliwego, jak nie Real Madryt ? Te myśli zostały dobitnie zgaszone już po pierwszych minutach meczu. Przez ani jeden moment trwania tego starcia, nie poczułem, że Arsenal jest jakkolwiek zagrożony. Pełna kontrola boiskowych wydarzeń, spokój, realizacja planu taktycznego. Londyńczykom idealnie pasował stan, w którym to „Królewscy” zmuszeni byli gonić wynik. Problem Realu był jednak taki, że pozostawali całkowicie bezradni i jałowi. Oprócz kilku nieudolnych prób zejść do środka Viniciusa, mój mózg nie odnotował żadnych wartych uwagi chwil. W Madrycie potrzebny jest nowy budowniczy, który w jedną całość ułoży te ekskluzywne klocki.

Wynik mógł być okazalszy, gdyby karnego tak spektakularnie nie zmarnował Bukayo Saka. Później jednak odkupił swoje winy, a piłkarskie grzechy zostały mu wybaczone. Podoba mi się postać Mikkela Merino. Człowiek od zadań specjalnych. Środek pola, czy „fałszywa dziewiątka” – to nie gra roli. Hiszpan wszędzie stanowi wartość dodaną. Dobry mecz zagrał Kuba Kiwior – to również należy odnotować. Przed Arsenalem budzące respekt PSG. Faworytem nie będą. Tu też nie byli, a skończyło się, jak się skończyło.

Jak odpadać, to w takim stylu

Ach, jak ja częściej chciałbym widzieć taką Borussię Dortmund. Odważną, efektowną, błyskotliwą, chcącą bawić się fubolem, a co najważniejsze, mającą pomysł na siebie. Wczoraj nie było kalkulacji. Była za to pasja wsparta niosącym się śpiewem Signal Iduna Park. Nie brakowało charakteru i cech wolicjonalnych – elementów, które kibice BVB chcieliby oglądać regularnie. Na boisko wyszli z celem, którym był awans – mimo wszystko. Szybkie wyjścia, podania prostopadłe za linie obrony oraz koncert Serhou Guirassy’ego – to tak w olbrzymim skrócie. Gdyby po pierwszym spotkaniu mleko nie było całkowicie rozlane, mogłoby być różnie. A tak wczorajszy triumf Dortmundu jest godnym pożegnaniem, ale również punktem odniesienia na przyszłość.

FC Barcelony wczoraj równie dobrze mogłoby nie być na murawie. Coś się zacięło w prężnej maszynie Hansiego Flicka. Spokojnie, nie bijmy na alarm, uważam, że to jednorazowa wpadka. Należy jednak przyznać, że takich kłopotów „Blaugrana” nie miała już dawno. Niech świadczy o tym fakt, że mimo wpuszczenia trzech bramek, Wojciech Szczęsny był jednym z najjaśniejszych, o ile nie najjaśniejszym punktem zespołu. To solidna lekcja, która nic nie zmienia, jednakże stanowi znak ostrzegawczy. Zgromadzony wcześniej kapitał pozwolił przejść Barcelonie suchą stopą, ale takich błędów Inter już nie wybaczy.

W zdanie wyszczególnione w nagłówku, wpisują się także wojownicy Unaia Emerego. Brawa tym bardziej, że z sytuacji skrajnie katastrofalnej, potrafili przeprowadzić szturm. Mało tego – niewiele brakowało, a dobraliby się do skóry faworytom z Paryża, sprawiając gigantyczną sensację.

Inter gra dalej

Wspomniani Mediolańczycy uporali się z Bayernem Monachium. Jak niejednokrotnie podkreślałem, mam wrażenie, że „Nerazzuri” są w stanie zaadaptować się do każdych warunków. Nie stanowiło wielkiego problemu dla nich zbudowanie zasieków obronnych. Kiedy Harry Kane wyeksponował cząstkę swojego geniuszu, to w trzy minuty za pomocą dwóch fragmentów gry zgasili płonne nadzieje Monachijczyków. Bramka Diera na 2-2 – artyzm. W konsekwencji na nic to się jednak zdało. Porażkę niemieckiego giganta usprawiedliwiam poniekąd brakiem kluczowych ogniw. Inter to ekipa doświadczona, wielowymiarowa, sprawdzona w boju, mająca uzasadnione aspiracje. Naprzeciw nich stanie jednak Barca, która także gotowa jest sięgać piłkarskiego „Eden”. Dziś szanse rozkładam równo z lekkim wskazaniem na kompanię Flicka. Jak jednak dobrze wiemy, w kilka tygodni rzeczywistość może obrócić się do góry nogami.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry