Na bitewnym szlaku #3: Krótki komentarz do kluczowych wydarzeń gali UFC 313

W nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego miała miejsce kolejna numerowana gala światowego giganta MMA. Wydarzenie obfite w ciekawe starcia, szczególnie jeśli mówimy o końcowych jego akordach. Niespodziewane rozstrzygnięcie walki wieczoru, arcyciekawy co-main event, czy nokaut rodem z gry video, a jednak mający miejsce w rzeczywistości. Każdy fan mógł znaleźć coś dla siebie.

Walka wieczoru

Nie powiem, byłem zaskoczony rezultatem głównego „dania” gali. Osobiście punktowałem pojedynek na korzyść „Poatana” w stosunku 48-47. Jestem w stanie zaakceptować odmienny wynik starcia, bowiem było ono niezwykle zacięte, choć 49-46 dla wojownika z Dagestanu, to w moim mniemaniu przesada. Być może obraz, przebieg pojedynku różnił się od przewidywanego scenariusza. Być może „niedzielny kibic” nie odnalazł w nim obfitego w dynamiczną treść widowiska. Trzeba jednak oddać, że w aspekcie taktyczno-technicznym starcie to było co najmniej intrygujące. Jakie są moje obserwacje ? Ankalaev był skoncentrowany, często wywierał presję, nie doprowadził do momentu, kiedy Brazylijczyk mógłby go „zamknąć” przy siatce, był odważny, nie urzeczywistniał przesadnego respektu do nieprzeciętnych stójkowych możliwości „Poatana”. Sam Pereira zaś jakby ospały, nie mogący wejść na znane sobie obroty. Wokół niego roztacza się niezwykła, tajemnicza, złowieszcza aura siejąca postrach wśród przeciwników. Tym razem nie znalazła jednak swojego dowodu w klatce. Na plus z pewnością skuteczna defensywa zapaśnicza, co nie wystarczyło tamtego dnia na Ankalaeva.

Co-main event

Ogromnym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że faworytem wśród bukmacherów był wracający po kontuzji, a w dodatku jako zastępstwo Rafael Fiziev. W ostatecznym rozrachunku byliśmy świadkami niezwykle ekskluzywnego towaru, o ile można to tak określić. Początek pojedynku padł łupem Azera, który sprowadził Gaethjego na ziemię, próbując przy okazji nietypowego poddania. Choć dalej starcie toczyło się raczej pod dyktando Amerykanina ( szczególnie w pamięci pozostaje efektowny podbródkowy z drugiej rundy ), to do tanga trzeba dwojga. Fiziev zagrał w zaproponowaną grę i obaj fighterzy cieszyli oczy kibiców. To starcie miało tak wyglądać, jego przebieg był przewidywalny. Oczekiwania trzeba jednak spełnić, a to opisywanej dwójce się udało. Z uwagi na swoje zwycięstwo, Gaethje kontynuuje budowanie własnej legendy. Tą legendą w zasadzie już jest, teraz tylko ją udoskonala.

Ps. Ekwilibrystyczny nokaut

Teraz już każdy wie, kim jest Mauricio Ruffy. Choć Bobby Green znajduje się na zachodzie swojej kariery, to wciąż poważane nazwisko. Zdawałoby się, że takie nokauty są praktycznie niemożliwe do zrealizowania. Czysta poezja, akrobatyka, siła, precyzja. Green padł, jak rażony piorunem. W głowie poszkodowanego z pewnością się zakręciło, tak jak zakręcona była opisywana obrotówka. Cóż więcej dodawać, trzeba to po prostu zobaczyć.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry