
Były momenty fantastyczne, były te trochę gorsze. Najważniejszy jest fakt, że tych pozytywnych było znacznie więcej. Wydarzenie XTB KSW 104 spełniło oczekiwania, święto kobiet zostało w ciekawy sposób uhonorowane, dostaliśmy również kilka ogłoszeń w związku z niedaleką przyszłością. Zbierzmy więc w całość treść sportową wczorajszego wydarzenia i podsumujmy ją w kilku słowach.
Karta wstępna
Pojedynek Marka Samociuka z Filipem Stawowym zasługuje na kilka ciepłych słów. Toczył się on w spokojniejszym tonie, niż zakładałem. Presję wywierał Stawowy, zaś zawodnik Uniq Fight Club okopywał jego nogę, punktując przy okazji licznymi ciosami z dystansu. Momentów zwarcia kilka było choć nie przekuły się one na spektakularny nokaut. Stawowemu należy oddać, że ma twardą szczękę, lecz marne to pocieszenie przy aktualnym bilansie pojedynków w federacji. Dla Samociuka walka na pełnym dystansie, to cenna lekcja, co najważniejsze – zwycięska. Werdykt bezdyskusyjny. To była niezła, dynamiczna, żywa, przyjemna dla oka walka w kategorii ciężkiej.
O starciu Kurka z Mieczkowskim za wiele powiedzieć nie można ze względu na czas jego trwania. Bardzo dobra postawa zawodnika z Częstochowy, którą wiele zyskał w moich oczach, gdyż jak pisałem w piątek – to w Mieczkowskim upatrywałem faworyta. Tymczasem zawodnikowi trenującemu w Szczecinie, jakby zabrakło animuszu. Należy podkreślić, czy też zauważyć fakt, o którym w rozmowie z Dominikiem Durniatem wspomniał zwycięzca. Być może Top-team Częstochowa to nowa siła na mapie Polski. Wyniki mówią same za siebie.
Karta główna
Trzeci pojedynek gali nie porwał lekko mówiąc. Kopera szansy upatrywał, bazując często na jednym schemacie wprowadzania elementu chaosu, który miał być zarzewiem do poszukania sprowadzeń. Wpadał seriami ciosów, w czym moim zdaniem było mało pomyślunku. Karolczyk na pojedynek wyszedł trochę „uśpiony”, często inicjował klincz, nie mógł rozwinąć skrzydeł. Walka niezwykle bliska, dlatego niejednogłośna decyzja nie dziwi. Ciężko o konstruktywne wnioski. Bartłomiej Kopera ponosi szóstą porażkę w federacji. Szymon Karolczyk też zdaje się niewiele zyskiwać, mimo zwycięstwa.
Panie i panowie – Sergiusz Zając. Stopniowa destrukcja sensu stricte. Zawodnik rzeszowskiego Spartakusa niczym terminator szedł cały czas do przodu, nie biorąc pod uwagę innego rozwiązania, niż to, które ostatecznie miało miejsce. Zaimplementowane elementy tajskiego boksu, wywołujące szkodę wielopłaszczyznowe łokcie, spokój, kontrola własnych poczynań, koncert jednym słowem. Sam nokaut – brutalny. To wszystko nie oznacza, że Michał Dreczkowski jest słabym zawodnikiem, gdyż to wciąż świetnie prosperujący półciężki.
Bartosz Leśko sprawia niespodziankę, mając na względzie kursy bukmacherów i pokonuje Łukasza Różańskiego. Berserker wywierał presję, sprowadzał, szukał klinczu, lecz poza drugą rundą, nie był w tym wszystkim wystarczająco efektywny. Być może kluczowym momentem dla werdyktu były ostatnie sekundy pojedynku, kiedy to Różański wylądował na górze, ale Leśko zadawał z dołu więcej ciosów. Fighter z Gdyni był lotny, działał na wstecznym, co nie znaczy, że był bierny, gdyż „kuł” raz po raz kombinacjami. To była naprawdę niezła, wyrównana jatka.
„Mad Queen” weszła do klatki i zabrała, co jej. Szybka, efektowna egzekucja. Połączenie zadziorności, nieustępliwości z dużą dynamiką i siłą. Ewelina Wożniak wraz z Wiktorią Czyżewską unaoczniają, że kobiece MMA również może być niezwykle ciekawe. Deficyt w postaci małej liczby zawodniczek sprawia, że ciężką wciąż marzyć o pełnej dywizji w federacji KSW.
Walki wieczoru
Pojedynek Tymoteusza Łopaczyka z Oskarem Szczepaniakiem to prawdziwa techniczna gratka dla koneserów mieszanych sztuk walki. Podbródek będący początkiem dzieła zniszczenia – kapitalny. Wcześniejsza sekwencja Szczepaniaka – świetna. Bez względu na ostateczny kształt rzeczywistości, obaj panowie to przyszłość dywizji półśredniej w Polsce. Szkoda, że ta uczta trwała tylko kilka minut.
Ciężko o lepsze zwieńczenie gali niż to, którego byliśmy świadkiem wczoraj. Pokaz kickboxingu Piotra Kuberskiego, który rozkręcał się z każdą minutą trwania pojedynku. W tym swoim stałym wzroście doszedł do momentu, kiedy dla Romanowskiego stał się po prostu nieuchwytny. Ten człowiek wyhodował w sobie prawdziwą bestię. Wdzięczność i wzruszenie, jakie okazuje po pojedynkach, mając w pamięci ciężką przeszłość, rusza za serce i zupełnie nie koreluje z klatkowym wizerunkiem Kuberskiego. Zastanawiam się z czego zbudowana jest szczęka Tomasza Romanowskiego. Ten człowiek zdaje się nie mieć progu bólu. „Tommy” na stałe wpisał się w krajobraz federacji i oby cieszył nas swoimi bojami jak najdłużej. Takich zawodników potrzebuje ten sport.
⭐ w artykule nie uwzględniłem pojedynku Krzysztofa Głowackiego z racji przerwania walki po 20 sekundach


