
Ostatnie dni wypełniły się bogatą treścią piłkarską, na co z pewnością nie narzekają fani futbolu. Za nami kilka spotkań w ramach wchodzących w kluczową fazę pucharów krajowych. W tej publikacji wracam pamięcią do wtorkowo-środowych zmagań, kiedy FC Barcelona podjęła Atletico, zaś na Łazienkowską przyjechała Jagiellonia. Oto krótki komentarz odnoszący się do wspomnianych wydarzeń.
Barceloński huragan
We wtorkowy wieczór miało miejsce spotkanie, które prawdę mówiąć ciężko okiełznać. Można by rzec, że zespół Simeone odsłonił i zaslonił kurtynę, zaś Barcelona zajmowała się artystyczną warstwą spektaklu. Prawda jest taka, że ekipa Flicka na boisko nie wyszła o czasie, co w sposób dynamiczny, z chirurgiczną wręcz precyzją wykorzystał duet Alvarez-Griezmann. Reakcja Dumy Katalonii była imponująca, szaleńcza w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Żal było spoglądać na niesubordynację defensywy Atletico, bowiem nie przystoi taka postawa drużynie, która w aktualnym sezonie LaLiga straciła zaledwie 16 bramek. Na koniec piłkarskiej sztuki role z powrotem się odwróciły, a zwycięzcy nie wskazano. Sytuacja przed rewanżem wprost wyborna dla bezstronnego obserwatora.
Jakie wnioski ? Wielu twierdzi, że Atletico urządziło sobie całkiem niezłą, pożądaną przez siebie pozycję wyjściową. Niewątpliwie tak, choć jeśli ktoś przystawiłby mi pistolet do skroni, odpowiedziałbym, że awansuje Barcelona. Cenię drużynę Simeone, za pomysł, za koncept zakładający umiejętność futbolowego cierpienia z jednoczesnym maksymalizowaniem efektów, biorąc pod uwagę wykorzystywanie niewielkiej liczby nadarzających się sytuacji. Zastanawia mnie, do jakiego momentu będzie w stanie doprowadzić Atletico ten charakterystyczny styl w bieżącej kampanii. Ekipa Simeone w czasie tego sezonu już dwa razy w podobny sposób karciła Barcelonę, odwracając losy spotkania. Mając na względzie walory estetyczne, wcale na to nie zasługiwali, lecz na koniec dnia nie ma to żadnego znaczenia. Nie sądzę, by Hansi Flick ze swoją kompanią doświadczyli podobnego procederu raz jeszcze. Zbyt wiele jakości i talentu w czystej postaci skupionych w obrębie jednego organizmu, co więcej, świetnie na wiosnę funkcjonującego. Tylko tyle i aż tyle.
Awans Legii w cieniu kontrowersji
Krótko, zwięźle i na temat – Legia była lepsza niż zakładałem, co nie znaczy, że była dobra. Czas, kiedy drużyna z Łazienkowskiej posiadała piłkę, co nie było zanadto częstym widokiem, potrafiła przekuwać w konkrety. Nie brakowało rzecz jasna momentów stagnacji, które na szczęście dla Legionistów kończyły się bez większej szkody. Jagiellonia bowiem była mało ostra, dobrze pielęgnująca futbolówkę, do czego zresztą przyzwyczaiła, ale bez tak zwanego podania finalizującego, dopieszczenia, „kropki nad i”. Oprócz akcji bramkowej, na próżno szukać rozsiewających postrach chwil. Wracając do zwycięzców, szczególnie do gustu przypadły mi początkowe chwile obu połów w ich wykonaniu. Na minus postawa napastników, mdłego Shkurina i często zaliczającego niewymuszone straty Guala.
Muszę odnieść się również do tego, co niestety najbardziej rozgrzewało opinię publiczną po spotkaniu. Nie zamierzam dokonywać wykładni regulaminu w oparciu o decyzje sędziowskie, gdyż nie jestem kompetentną osobą w tym zakresie. Chcę jednakże wyrazić swoje niezadowolenie wobec faktu, że tak prestiżowe jak na warunki polskie wydarzenie, kładzie się cieniem w obliczu sędziowskich kontrowersji.


