
Czas wrócić do cyklu spod hasła „Na bitewnym szlaku”. A wracamy, bowiem stworzyła się przestrzeń do komentarzy, dyskusji, istnieje podstawa faktyczna, by takim artykułem się zająć. Trochę się działo trzeba przyznać. Urodziny Unic Fight Club niby takie w najbliższym gronie, ale karta walk zawierała godne uwagi smaczki. Na Babilon 52 w Nowym Targu Krzysztof Mendlewski po raz kolejny obronił pas wagi lekkiej. Pamięcią wrócę również do zwycięstwa Delli Maddaleny na UFC 315.
Bezwzględny Paczuski
Radosław Paczuski wrócił do swojego kontekstu macierzystego (K1) i rozprawił się z Juniorem Orgulho, który zapewne chciał pomścić brata. Jeśli chodzi o rzemiosło strikerskie sensu stricto, fighterów dzieliła mała przepaść. Paczuski z pewnością chciał dać fanom lepsze starcie, niż to w styczniu z Kleberem, w formule MMA, pod szyldem KSW. Jak jednak wiemy, tam na przeszkodzie do bardziej urodziwego performance’u stanęły obiektywne, zdrowotne przeszkody. Wracając do urodzinowego wątku, Radosław wywierał presję, atakując szerokim wachlarzem technik. On raczej nie „rzuca ślepakami”, nie liczy na ilość, ale jakość. Ma „dynamit w rękach, czy nogach” i kiedy widzi lukę u rywala, przechodzi do czynu. To nie jest tak, że Orgulho przyjechał na wycieczkę krajoznawczą. Szukał swojej szansy, choć manewr był mocno ograniczony. Nie ukrywajmy, ta szansa znajdowała się wyłącznie w elemencie chaosu, szybkiego kontrataku. Kilka razy trafił Radka, choć bez konsekwencji. Samo skończenie – miód i orzeszki. Kolano na żebra i było po sprawie.
Morelli w KSW
Kolejny ciekawy występ błyskotliwego Wenezuelczyka. Rywal może nie z najwyższej półki, ale chcący zwyciężyć. U progu walki Musiał poczęstował zawodnika Unic Fight Club kilkoma lowkickami. Potem rytm złapał jednak sympatyczny Morrelli. Dobrze pracował na nogach, był lotny, ciężki do rozczytania. Musial nadział się na lewy sierp, po czym Morelli dokończył dzieło na macie. Po pojedynku miała miejsce zupełnie przyjemna sytuacja. Martin Lewandowski wjechał bowiem do klatki z kontraktem dla Wenezuelczyka. I w moim mniemaniu to dobry ruch KSW, solidne wzmocnienie wagi koguciej. Morelli nie od soboty zradzał swój potencjał. Wcześniej rozprawiał się z rywalami w federacji STRIFE, niejednokrotnie wskakując do walk na ostatni moment.
Zawiódł mnie trochę Michał Gniady. Powiem wprost, liczyłem na owocne, szybkie, a być może i efektowne rozczytanie sprawy. Tymczasem Łukasz Miller „tanio skóry nie sprzedał”. Co raziło po oczach, to braki kondycyjne „Kokosa” na późniejszych etapach pojedynku. Ten tlen to kluczowe słowo determinujące przebieg starcia. Gniady wrócił po długiej przerwie, został „wyciągnięty na głębokie wody”, ale wygrał, co przy jego sytuacji powinno być najważniejsze. Mimo wszystko materiał do analizy spory, przestrzeń do rozwoju również. Kilka niedociągnięć jest.
Na słowo aprobaty zasługuje również Marta Linkiewicz. Ogromna, diametralna wręcz przemiana, życie przewrócone do góry nogami i zupełnie niezły pojedynek w formule K1. To był „kontrolowany chaos”, ciągła presja, duże pokłady sił. Przełamała Karolinę Knap, nie dając jej pola do rozwinięcia skrzydeł.
Mendlewski wciąż króluje w kategorii lekkiej
To nie była łatwa przeprawa dla mistrza. Marcin Skrzek prezentował się naprawdę godnie, ale również skutecznie. Dobra defensywa zapaśnicza oraz efektywny striking. Ukuwał Mendlewskiego raz po raz chociażby lewym prostym, którym umiejętnie pracował. Nie uciekał od niskich kopnięć. Mistrza nie poznaje się jednak po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Jedna akcja (w tym wypadku uderzenie na „schaby”), a bieg pojedynku w momencie zmienia swój kierunek. Tak było tym razem. Często na koniec dnia to nie wrażenia artystyczne mają największe znaczenie, a kwadracik na Sherdogu – odpowiednio zielony lub czerwony.
Szymon Rakowicz wrócił na zwycięską ścieżkę i zrobił to w iście ekspresowym tempie. Jak złapał, to nie puścił. Ciasna gilotyna i to by było na tyle. Moją uwagę zwrócił też Yehor Oliynyk, a w zasadzie fakt, że w wieku 17 lat ma już trzy zwycięskie walki zawodowe. Materiał do obserwacji.
Wróćmy na moment do UFC 315
Słów kilka o pojedynku mistrzowskim na wyżej wskazanym wydarzeniu. Główni aktorzy starcia stopniowali nam uciechę z tegoż właśnie. Przypominało to wizytę w wykwintnej restauracji, gdzie na jej początku dostajemy przystawkę, by na koniec delektować się deserem. Maddalena był świetnie przygotowany pod względem tłumienia zapaśniczych ciągot rywala, dynamiki, ale co chyba najważniejsze ekspozycji własnego kapitału stójkowego. W tym całym ciekawym zjawisku nie rozumiem jednak kilku, konkretnie dwóch spraw. Po pierwsze z mojej perspektywy cztery rundy wygrał Australijczyk, co znalazło odzwierciedlenie na kartach punktowych tylko jednego sędziego. Po drugie nie mogę do końca zrozumieć strategii Belala. Długimi momentami miałem wrażenie, że Muhammad za wszelką cenę próbuje udowodnić, że jego starcia też mogą być ciekawe, a zasób stójkowy jest przeciwstawną dla rywala siłą. Jak widać po rezultacie, nie była to raczej „gra warta świeczki”. Niech żyje nowy Król ! Zobaczymy jak długo, bowiem zza rogu macha uśmiechnięty, łasy na pas Islam Makhachew.


