
Walce wieczoru UFC 328 możemy zarzucić swego rodzaju brak logiki i nie mówię tu o płaszczyźnie sportowej. Brakiem logiki związanej z klatkowymi poczynaniami niestety wykazał się Mateusz Rębecki. Inaczej sprawa wygląda w kontekście Joshuy Vana. Birmański dynamit wręcz wzorowo wykorzystywał swoje momenty.
Doceńmy sportową wartość Stricklanda ; birmańska armata
Oglądając walkę Strickland vs Chimaev, czułem się, jakbym obserwował potencjalne zjawisko rodem ze świata polityki. Mam na myśli sytuację, gdy przedstawiciele zwaśnionych ugrupowań skaczą sobie do gardeł podczas programów publicystycznych, by za kulisami raczyć się uprzejmościami. Innymi słowy, odwrócony został porządek sportowego świata. Zamiast dostać w klatce danie główne, zostaliśmy ugoszczeni niezbyt okazałą przystawką.
Przechodząc do samej walki, Strickland był mądry, czujny, przygotowany na ofertę Chimaeva. Uskuteczniał defensywę zapaśniczą, a kiedy lądował na ziemi, względnie szybko się stamtąd ewakuował. W drugiej rundzie, po odrzucie bioder, skończył nawet na górze. Jak chodzi o pracę stójkową, tam sporo inwestował w ciosy proste. Khamzat Chimaev zwyczajnie mnie zawiódł. Nie mogę powiedzieć, że Czeczen zbliżył się w niedzielę do najlepszej wersji samego siebie. To rzecz jasna miało swoje przyczyny. Pojawiły się deficyty kondycyjne, spadek intensywności, być może jego respekt wzbudzała siła Amerykanina. Mit „Wilka” przynajmniej na chwilę udał się do lasu.
Co-main event UFC 328 nie toczył się pod dyktando Joshuy Vana. Wręcz odwrotnie, stroną prowadzącą klatkowy taniec był raczej Tatsuro Taira. Rzecz w tym, że Birmańczyk dużo efektywnie eksponował swoje atuty. Taira sprowadzał, przechodził pozycje (bodajże dwa razy miał nawet dosiad), ale nijak nie potrafił zagrozić Vanowi (oprócz jednej próby trójkąta z pleców). Diametralnie inaczej sytuacja wyglądała na nogach. Ilekroć bój toczył się w stójce, tylekroć pachniało nokdaunem z rąk Birmańczyka. Japończyk wylądował raz, potem kolejny, zaś za trzecim razem nie musiał, bo walkę przerwał sędzia. Doceniam waleczne serce Tairy, niemniej luki stójkowe, nisko opuszczone ręce, pociągły za sobą konsekwencje. Reasumując, jeden i drugi mial momenty, ale tylko Van potrafił je realnie spożytkować.
Ciężary Polaków (Rębecki , Bryczek)
Z całą sympatią do Mateusza Rębeckiego, muszę stwierdzić, że zwycięstwo z Dawsonem wypadło mu z kieszeni. W zasadzie to Polak sam je wziął i wyrzucił w siną dal. Już w pierwszej rundzie Rębecki imał się sprowadzeń, co ewidentnie nie przyniosło mu korzyści. W kolejnej odsłonie „Chińczyk” ewidentnie przeżywał swoje momentum, którego jednak kompletnie nie spożytkował. Miał „na widelcu” naruszonego wskutek nokdaunu Dawsona. Uważam, że taka sytuacja wymagała wszelkich starań służących utrzymaniu boju na nogach. Ten niepotrzebny moim zdaniem klincz w drugiej rundzie nie przyniósł niepożądanych konsekwencji. Przyszła jednak nieszczęsna ostatnia odsłona. Rębecki podał Dawsonowi pomocną dłoń, podłączył go do respiratora. Mógł pracować mechanizmem odskok-doskok, ale zdecydował się zaprzęgnąć element zapaśniczo-parterowy, nie wyciągnął wniosków i zapłacił za to cenę zwycięstwa. Szkoda.
Tydzień wcześniej, w Perth, oglądaliśmy bezradnego Roberta Bryczka. Liczyłem na wersję ze starcia z Tavaresem, dostałem tą z debiutu pod sztandarem UFC. Polak nie był sobą, mial ogromne problemy ze skracaniem dystansu, w łatwy sposób pozwalał się obalać. Ponadto, na skutek braków wydolnościowych, szybko spadła jakakolwiek dynamika jego działań. Umówmy się, Rowston nie miał w Perth przesadnie trudnego zadania. Również szkoda.
Bezlitosny Prates ; zachód Dariusha
Choć kolejny koncert Carlosa Pratesa odbył się już półtorej tygodnia temu, to nigdy nie jest za późno, by do takiej stójkowej estetyki wracać. Della Maddalena rozłożył czerwony dywan, przygotował scenę i pozwolił Brazylijczykowi świecić pełnią blasku. Prates nie zrobił nic, czego nie można było przewidzieć. Krążył, łupał niskimi kopnięciami, pracował jabem, nie pozwalał rywalowi niemalże na nic. Jest jednak jeden element, który zwyczajnie mnie zachwycił. Wiadomym jest fakt, że Prates wykorzystuje w swoich pojedynkach fundamenty wyniesione z tajskiego boksu. Brutalne, celne, punktowe kolana lokowane na twarzy Maddaleny były majestatyczne, coś pięknego.
Obserwujemy również postępujący zachód, by nie powiedzieć zmierzch sportowej drogi Beneila Dariusha. Inteligentnym posunięciem z jego strony było zwrócenie się ku zapasom. Jak sądzę, sam Dariush ma świadomość, że ma czym palnąć, ale porusza się jak wóz z węglem, a i szczęka już nie ta. Próbował więc Beneil maksymalizować zysk, co długofalowo nie miało jednak racji bytu. Kiedy Salkilld wyrwał się z klamr i innych uścisków, bez zwłoki zasypał rywala gradem ciosów.
ZAPRASZAM NA X ORAZ INSTAGRAMA 🫡



