
Debiut był to niełatwy, ale co najważniejsze – zwycięski. Jakub Wikłacz wszedł w szeregi UFC dostojnym krokiem, będąc jednocześnie świadomym kilku niedociągnięć. Rozsierdzony „Poatan” szybko „odesłał z kwitkiem Ankalaeva. „Maszyna z Gruzji” znowu wkroczyła na niedoścignione przez innych obroty, zaś Jiri Prochazka najzwyczajniej w świecie był sobą.
Cenna victoria w trybie slow motion
Od pierwszych kroków „bitewnego tańca” Jakuba Wikłacza, istniało we mnie poczucie spokoju. Zero momentu zakłopotania, potencjalnego braku przekonania do własnych umiejętności. Pierwsze dwie odsłony niezwykle solidne, dojrzałe w wykonaniu Wikłacza. Pierwsza sprawa – namacalna przewaga stójkowa, co przecież wcale nie było oczywiste. Polak narzucił własne warunki, okopywał raz po raz tułów Mix’a, zaprzęgał również pięści, wyprzedzając rywala. Kiedy Amerykanin sprowadzał starcie na ziemię, Wikłacz aktywnie pracował łokciami z dołu, wplatał „motylą gardę”, przetaczał, czuł się swobodnie. W tym całym dobrobycie nie obyło się jednak bez kilku „ale”.
Zastanawiam się, a w zasadzie wiem, że daremne były nieustanne próby zapięcia gilotyny. W tym wypadku wkroczyło jednak przekorne usposobienie, tudzież ambicja Polaka, nakazująca pokonać rywala jego własną bronią, co sam Wikłacz po walce wyjaśnił. Niemniej jednak, wymiernych korzyści żadnych, a konsekwencje niezbyt pożądane. Rzecz w tym, że ciągłe próby odbiły się echem na kondycji Jakuba. Zarówno Wikłacz, jak i Mix od drugiej rundy walczyli, niczym „spompowani ciężcy”. Na względnie szybkie „rozładowanie baterii” wpływ być może miała także dłuższa nieobecność Wikłacza w klatce. O ile dwie pierwsze starcia napawały mnie radością, tak w trzeciej odsłonie Wikłacz oddał inicjatywę. Najważniejsze jest jednak zwycięstwo, triumf ważny, cenny, z wysoko notowanym rywalem. Okazała „bomba motywacyjna”, spory materiał poglądowy, znakomita pozycja wyjściowa, by wspinać się po najwyższe laury.
Maszyny trzy
Jiri Prochazka to archetyp zakapiora, wojownika z krwi i kości, osadzonego w przesyconych komercją czasach. No niewiarygodny jest Czech, facet całkowicie wyjęty z szablonu, tudzież wtapiający się w szablon skrajnie nieoczywisty. Wzorcowo Khalil Rountree rozegrał pierwsze dwie rundy. Był uważny, szarżował w odpowiednich momentach, zostawiał ślad na ciele Prochazki, świetnie utrzymywał dystans. Mało tego, Czech ewidentnie odczuwał dyskomfort w lewej nodze, zmieniał pozycję, niekiedy kulał. Odkrycia Ameryki nie stanowił jednak fakt, że im dłuższy czas starcia, tym mniej efektywny Amerykanin. Kiedy Rountree w trzeciej rundzie słaniał się na nogach, Czech „galopował sarnim krokiem”, siejąc spustoszenie, które szybko wydało owoce. Tacy zawodnicy trwale zapisują się w annałach historii tego oto pięknego sportu.
Merab jest czytelny, przewidywalny, ale Meraba długo nikt nie ruszy. Uwielbiam moment, kiedy rywale Gruzina „oddychają rękawami”, a on, przepełniony uśmiechem, gotów jest na kolejne 20 rund. Sandhagen dobrze wszedł w starcie, używał defensywnych zapasów, przeważał w stójce, wykorzystując warunki fizyczne. Tak było w pierwszej rundzie. Później, z tego kapitału nie zostało już prawie nic. Dwaliszwili jest jak niechcąca się odczepić osa. Ten „Bóg kondycji” zanotował dziś 18 obaleń, o ile mnie pamięć nie myli. Mało tego, „gruzińska maszyna” rozwija się także w innych, nieco gorszych płaszczyznach. Mało brakowało, a waleczny Sandhagen nie wyszedłby do trzeciej rundy.
Zastanawiałem się, jakiego Alexa Pereirę dziś zobaczę. W tej refleksji nie byłem osamotniony. Opinia publiczna dywagowała, czy Brazylijczyk aby na pewno jest jeszcze „głodny”, „żądny” zwycięstw. Otóż „Poatan” wciąż kryje w sobie bogatą w unikalną aurę bestię. Nie ma sensu rozwodzić się nad porannym bojem. Kilka miesięcy temu, Brazylijczykowi nie wyszło nic, czego antytezę obserwowaliśmy dzisiaj. Presja i agresja od pierwszych taktów, szybkie wykluczenie nogi poprzez niskie kopnięcia, sierpowy, wyrok zapadł. Ankalaev stanowił tło, nie oferując literalnie nic, co zgromadzonej w arenie publiczności niespecjalnie przeszkadzało.


