
Od zgrupowania reprezentacji Polski minęło kilka dni. Nabrałem dystansu, wysłuchałem wielu perspektyw, w końcu zebrałem myśli, które teraz przeleję na papier. Może to i lepiej, że minionych wydarzeń z reprezentacyjnego kręgu nie komentuję „na gorąco”. Wtedy zapewne powstałby huraoptymistyczny, pozbawiony trosk, pochwalny artykuł. Tymczasem powstanie optymistyczny, aż optymistyczny. Jaka to miła, potrzebna odmiana.
Ona wróciła
Jak to szybko można naprawić, tudzież „uleczyć” klimat wokół reprezentacji Polski. O receptę zapytajcie Jana Urbana. Jedno zgrupowanie, tydzień czasu, a powstał jakby zupełnie nowy konstrukt. Ten czas utwierdził mnie w przekonaniu oraz uwydatnił zasadność słów o niebagatelnym wpływie sfery mentalnej, wolicjonalnej, wewnętrznej. Na boisku wszystko zaczyna się od determinacji, zawziętości, „głodu zwycięstwa”, zrozumienia własnej roli, chęci niesienia pomocy dla kolegi z drużyny. Potem dochodzą oczywiście elementy piłkarskiego rzemiosła i w ich przypadku granice rzecz jasna istnieją. Jednak bez tych wcześniej wspomnianych, nie warto w ogóle zaczynać. Chcecie dowodu na te słowa, to popatrzcie na spotkanie z Holandią.
Jan Urban nie tworzy „oblężonej twierdzy”, na konferencjach opowiada rzeczowo, konkretnie, niekiedy z domieszką humoru. Selekcjoner jest najzwyczajniej dobrym „kapitanem statku”, umiejącym gospodarować zasobami, stwarzającym przestrzeń do wzrostu. Oglądając materiały z Łączy Nas Piłka, widzę autentyzm, wspólnotę, coś, co pod koniec kadencji Michała Probierza, było wręcz ulotne i niezauważalne. Zmęczenie i „opadający żagiel” zastąpiła świeżość oraz „powiew wiatru”. Egzaminem dla tego „rodzącego się projektu” będzie pierwszy kryzys. Nie czas, by rozprawiać jednak o kryzysie. O tym było już wystarczająco dużo ostatnimi czasy.
Zwycięski remis ; Finowie w strachu
Nie miałem sporych oczekiwań względem spotkania w Rotterdamie. Nie wynikał ten stan ze zwątpienia w Jana Urbana, ale momentu, w którym byliśmy i znikomego okresu z nowym zarządcą u steru. Oczywiście, byłbym naiwny, jeśli w meczu z Holendrami dopatrywałbym się skonkretyzowanej, wysoce szczegółowej idei trenera. W te kilka kwadransów w Rotterdamie dało się jednak zauważyć ogólną agendę „wszczepioną zawodnikom”, założenia oraz wymagania stawiane przez selekcjonera. Jak chodzi o momenty z piłką przy nodze, słowami klucz zdają się być: swoboda, odwaga, kreatywność. W fazie defensywnej nie widziałem „zlepka” ludzi, bezradnie spoglądających na siebie po stracie bramki, ale zupełnie niezłą organizację gry z poczuciem odpowiedzialności.
Przejdźmy do boju z Finlandią. W meczach z tego typu rywalami, oczekujemy od zespołu pełni kontroli, uwydatnienia własnych walorów, ekspozycji „osobistej pieczątki”. Wreszcie, po miesiącach posuchy, oczekiwania zostały spełnione. Pełen spokój, trzy bramki i piłkarska wyższość w każdym calu. Łyżką dziegciu roztargnienie pod koniec batalii, skorelowane zapewne ze stratą koncentracji. Zmiany Jana Urbana nie były z Finami już tak skuteczne, jak w Rotterdamie, ale i ciężar tychże znacznie mniejszy. Stabilizacji uległa wyjściowa jedenastka, co niekoniecznie stanowiło spotykany wcześniej obrazek. Panie Janie, jest na czym „budować”, a Pan jest dobrym „budowniczym”.
Reprezentacyjne promyki
Na wyróżnienie zasługuje niewątpliwie Jakub Kamiński. Wykorzystuje swój bardzo dobry moment i robi to w sposób produktywny. Widać, że Jan Urban daje mu sporo swobody, wszak zauważalna jest jego apozycyjność. Kilka udanych rajdów z Holendrami, świetne spotkanie w Chorzowie okraszone „konkretnymi konkretami”. Liczne pochlebstwa wypada także skierować w stronę bloku defensywnego. Na myśli mam dwa nazwiska – Wiśniewski oraz Bednarek. Ten pierwszy stanowił „cudowny wymysł” selekcjonera i okazał się „strzałem w dziesiątkę”. Szybki, mobilny, zorientowany, odpowiedzialny, wzbudzający respekt, chętnie włączający się do ataku. Jan Bednarek pokazał, że przyklejoną mu „łatkę” schował między bajki. Rażąca solidność i pewność w ruchach. Nie można nie wspomnieć o Matty’m Cash’u, który swoimi bramkami rekompensował wszelkie niedociągnięcia. Piotr Zieliński zademonstrował z Finami „piłkarską magię”, którą zwieńczył Robert Lewandowski. Niech ten „miesiąc miodowy” Jana Urbana, przeistoczy się w „miodową powszedniość”. Tego sobie i Państwu życzę…


