Żużlowanie #20: Toruńskie marzenie ; bycze jaja ; Rekiny toną

We Wrocławiu jednoznacznie nie brylowała żadna drużyna, co było problemem Betard Sparty, a zarazem powodem toruńskiej euforii. Bydgoszcz to wyczekiwany finał Metalkas 2 Ekstraligi, zjawiska niestworzone, i wyścigi zatytułowane roboczo: „kto pierwszy pod płotem”. „Rekiny” rozpoczęły proces tonięcia, w czym dotkliwie pomogła im Gezet Stal. Za nami weekend godny fazy ostatecznych rozstrzygnięć.

Anioły wlatują do finału

Już pierwsza seria startów zwiastowała „ciężary” wrocławian. Jeśli masz kilkunasto-punktową stratę i domowe spotkanie, to ten rewanż wypada rozpocząć z „wysokiego c”. Tak się jednak nie stało. Od pierwszych taktów niedzielnego boju, potencjał prędkościowy obu ekip był porównywalny. Holistycznie spoglądając w program, z perspektywy zakończonego już meczu, zobaczymy 9 indywidualnych zwycięstw po stronie gości. W taki sposób ciężko o odrabianie strat, szczególnie tak okazałych.

Dyspozycję miejscowych zawodników określiłbym mianem „równomiernie niewystarczającej”. Nikt jednoznacznie nie zawalił, choć najbliżej był Dan Bewley. Każde ogniwo „Spartan” wykonało minimum pokładanych w nich oczekiwań. Tu jednak wracamy do punktu wyjścia. Jeśli musisz „gonić wynik”, to minimum okazuje się bezużyteczne. Sytuacja wymaga nadzwyczajnych rozwiązań, czegoś ekstra.

Pres Toruń do triumfu poprowadził niezawodny, zjawiskowo „szorujący po kredzie” Patryk Dudek. Stadion olimpijski świecił tego wieczoru między innymi jego blaskiem. Seniorzy „Aniołów” zrobili to, co leżało w ich obowiązku, a pojawiające się deficyty łatał wspomniany „Duzers”. Warto docenić postawę Kawczyńskiego. Punkty nie wskazują na nic nadzwyczajnego, ale co napsuł krwi miejscowym, to jego. Kwestią bez znaczenia nie pozostają również wnioski wyciągnięte po bolesnej wizycie z rundy zasadniczej. Teraz drużyna Piotra Barona była zdyscyplinowana, czujna, szybka, dobrze przygotowana, odpowiedzialna, obierająca korzystne ścieżki. Finał dla „Aniołów” zasłużony w całej rozciągłości.

Zjawisko przy Sportowej

Fantastyczne to było widowisko w Bydgoszczy, nie tylko ze względu na jego estetyczny aspekt, ale i historię, dramaturgię, proces, który zostanie w mojej świadomości na długi czas. Mityczna ścieżka pod płotem wróciła w pełnej okazałości, będąc skuteczną przez większość część spotkania. Niedzielny hit wypada podzielić na dwie części – tą do 10 gonitwy i tą od 10 biegu. W pierwszej części miałem wrażenie, że Abramczyk Polonia była wręcz wzorowo przygotowana do potyczki. Pierwszy łuk rozwiązywany podręcznikowo, jakby ćwiczono ten manewr na treningu. Jeden pod płot, drugi do krawężnika i było pozamiatane. W drugiej części „Gryfy” usunęły się w cień, zaś „Byki” przeprowadziły pierwszej klasy „remontadę”. Zjawisko było to nietuzinkowe, bo zaprzeczające logice, rozpościerające tajemnicę, pozostawiające pytania, w dużej mierze bez odpowiedzi.

Spoglądając na bydgoską ekipę, zdaje się, że nie wykorzystali ogromnej wręcz szansy. Chodzi o kapitał zgromadzony przez juniorów. Jeśli w starciu z Fogo Unią Leszno, Kacper Andrzejewski i Bartosz Nowak zdobywają razem 10 punktów, a mecz kończy się remisem, to coś ewidentnie zawiodło. To „coś” można zastąpić słowem seniorzy. Takie, a nie inne rezultaty trójki Łoktajew-Huckenbeck-Brennan, nie mogły pozostać bez konsekwencji.

Leszczynianie uwydatnili spokój, siłę mentalną i wiarę we własną jakość. Szło jak „krew z nosa”, ale kiedy poszło, to „spłynął wodospad obfitości”. Biegi 11-15, to 22-8 dla przyjezdnych. Na swoje barki odpowiedzialność wzięli ci, którzy o sile „Byków” powinni stanowić szczególnie w spotkaniach tak wysokiej stawki. Nie zapominajmy przy tym o Kacprze Manii, w stronę którego na przestrzeni sezonu sypał się „deszcz komplementów”. Fogo Unia wjechała na autostradę do PGE Ekstraligi i nie sądzę, by z tej drogi zboczyli.

Rekiny toną ; GKM tanio skóry nie sprzedał

Na autostradę wjechał również INNPRO ROW, tyle że w odwrotnym kierunku. Mamiono nas szumnymi zapowiedziami, próbowano oszukać przeznaczenie, żonglowano zestawieniem, jednakże koniec okazał się taki, jaki był cały sezon – nieudany. Gezet Stal przyjechała do Rybnika, nie chcąc pozostawić żadnych wątpliwości. Od pierwszych momentów przy Gliwickiej rządzili goście, kończąc historię dwumeczu już po drugiej serii. Mecz, na który w Rybniku szykowano się podświadomie w zasadzie od kwietnia, okazał się srogą porażką. Choć w Gorzowie powiało sportowym optymizmem, to problemów do rozwiązania wciąż cała masa.

Długo stawiali się grudziądzanie przy „Z5”. Przez moment, konkretniej po 8 gonitwie, przez głowę przeszła mi nawet myśl, że „cud nad Bystrzycą” jest możliwy. Oczywiście gospodarze szybko rozwiali wszelkie nadzieje „Gołębi”. Niemniej jednak ekipa Roberta Kościechy „tanio skóry nie sprzedała”, i to wszystko z wątpliwej jakości Max’em Fricke’m. Przed finałowym dwumeczem, w Lublinie może panować mały niepokój. Niezawodny jest Bartosz Zmarzlik (choć niekoniecznie w omawianym meczu), wróci najpewniej Wiktor Przyjemski, ze swojej roli wywiązuje się Jack Holder. Im dalej „w las”, tym więcej pytań i wątpliwości. Być może próbuje w tym momencie na siłę „wlać łyżkę dziegciu do szklanki miodu”. Uważam jednak, że czeka nas pasjonujący finał, w swoim biegu przypominający ten z 2022 roku, kiedy Orlen Oil Motor rzutem na taśmę pokonał gorzowian. Wypada zacierać ręce, wszak ten „deser” już niebawem.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry