Na bitewnym szlaku #15: W Paryżu brykał tylko Bryczek. Nieudane święto polskiego MMA

Ta gala miała wszystko, by uwydatnić świeżość, która nastała w polskim MMA na najwyższym poziomie, i być przy tym żywą promocją tego sportu. Wczoraj „trzech muszkieterów” ruszyło do boju w Accor Arenie, ale „z tarczą” wrócił tylko jeden. Tak, czy siak, swego rodzaju przełom, „koło zamachowe”, pozytywny bodziec są widoczne. W krótkim okresie czasu kontrakty w federacji uzyskują trzy ” nadwiślańskie kwiaty” wszechstylowej walki wręcz z wciąż sporym marginesem rozwoju. Mimo wszystko, nie tak to miało wyglądać. Święto przerodziło się w małą stypę.

Rozbrykany Bryczek

Robert Bryczek nie zawiódł naszych oczekiwań, a wręcz jeszcze bardziej je podsycił. Kiedy światło dzienne ujrzała wieść, że Polak zmierzy się z Bradem Tavaresem, uśmiechnąłem się łagodnie pod nosem. Powód tego oto mimicznego wyrazu jest następujący. Walka z Potieirą nie dała absolutnie żadnych argumentów, by Polak mógł liczyć na atrakcyjny matchmaking. Ponadto Bryczek zmagał się z poważnym urazem, na skutek czego w klatce nie widzieliśmy go przez półtorej roku. Na szczęście spadła jednak „gwiazdka z nieba”, a był nią Brad Tavares. Takie nazwisko zawsze warto w rekordzie posiadać. Choć Amerykanin przeżywa „zachód” swojej kariery, to 15 lat startów pod egidą światowego potentata piechotą nie chodzi.

Sobotniego wieczoru Tavares w swoich ruchach był nieco powolny i ociążały. Tym, co stanowiło jego „inkubator”, była kamienista wręcz szczęka. Bryczek ruszył na rywala w pierwszej rundzie, a tajemnicą nie jest, że Polak ma czym palnąć. Kluczem zdawało się być dyktowanie tempa, nie dopuszczenie do rozwinięcia bitewnych „skrzydeł”. W pierwszej osłonie Polak wzorowo wywiązywał się ze swojej roli, eksponując atut w postaci żywotnego boksu. Zamykał na siatce, rozpuszczał pięści, lokując je w zróżnicowany sposób. Nieustanna presja musiała nieść ze sobą kondycyjne konsekwencje. Mam jednak przekonanie, że Bryczek bardzo umiejętnie temu kryzysowi zaradził. Nie pozwolił zrobić sobie krzywdy w drugiej rundzie. Sprawiał przy tym wrażenie postaci z gry, która „ładuje swój pasek”. Kiedy już Bryczek się podładował, dokończył dzieła w trzeciej odsłonie, nie dając Tavares’owi przesadnych nadziei. Cenny skalp Polaka, motywacyjny kopniak i doszczętne zadanie kłamu własnemu obrazowi z debiutu pod sztandarem UFC.

Cenny, acz bolesny start Ruchały

Przyznajmy szczerze, że Robert Ruchała nie miał łatwego debiutu w „bitewnym raju na ziemi”. W szeregi UFC nie wstępuje się jednak po to, by toczyć komfortowe batalie. Szczególnie, jeśli mowa o młodym, perspektywicznym Polaku, nie stroniącym od daleko posuniętej inwestycji we własną osobę, z sukcesami na europejskim rynku pod auspicjami KSW. Czy wczorajsze starcie jakkolwiek poddaje w wątpliwość jakość Ruchały ? Absolutnie nie. Porażki są stałą, integralną częścią drogi prowadzącej do sukcesu. Nie można w moim mniemaniu bagatelizować również wpływu sfery okołosportowej. Ruchała wszystko przeżywał pierwszy raz, otrzymując przy tym niezliczoną ilość bodźców. Ferwor medialnych obowiązków, moc oczekiwań, ładunek związany z debiutem, presja, czy ta wewnętrzna, czy zewnętrzna, nie musiały, ale mogły mieć wpływ na ostateczny kształt. Niemniej jednak Polak przegrał, był tego wieczoru gorszym zawodnikiem.

Można było przewidzieć, że swoją siłę Gomis odnajdzie w warunkach fizycznych, czy sile sensu stricto (widoczna w walce na chwyty). Nie spodziewałem się jednak aż tak sporej różnicy szybkości. Przed samym starciem nawiedziła mnie myśl, że spotykają się niejako siły przeciwstawne, dwa podobne style. Francuz swoim klatkowym usposobieniem momentami faktycznie „Fakera” przypominał. Gomis kłuł pojedynczymi uderzeniami, kopnięciami, przede wszystkim świetnie czuł dystans. Ruchała często nie znajdował odpowiedzi na poczynania rywala, „pruł powietrze”, wszystko jakby tempo za późno. Na plus rodaka dwa umiejętne obalenia, które niestety nie przyniosły wymiernych fruktów. Pozostaje wyciągnąć wnioski i wrócić, wszak przygoda dopiero się rozpoczęła.

Niedźwiedź mocno śpi

Marcin Tybura w klatce był tylko ciałem. Bez zbędnego owijania w bawełnę, „Tybur” zaprezentował się najzwyczajniej bardzo słabo. Przed walką ilustrowałem w swojej głowie dwa scenariusze. Jeśli Delija ma to starcie wygrać, to zrobi to szarżą atomowych, złowieszczych, eksplozywnych ciosów. Za bardziej prawdopodobne uznawałem jednak wciągnięcie Chorwata na „głębokie wody”, zaprzęgnięcie ofensywy parterowej, ewentualnie trzymanie starcia w bezpiecznym dystansie. Niestety ziściła się pierwsza wersja, choć wcale nie w oczywisty sposób. Delija faktycznie ruszył „bombastycznymi prostymi”, tyle że „Tybur” schował się za gardą i przetrwał trudny moment. Mało tego, zaraz potem próbował zanotować obalenie. Obrana przez Polaka droga okazała się jednak rozpaczliwa. Każdy jeden ruch sympatycznego „Tybura” zdawał się być ospały, pozbawiony energii, timingu. Kiedy walka wydostała się z klinczu, Delija znów ruszył, szybko przełamał rywala i zakończył pojedynek. Marcin Tybura był, a jakby go nie było.

Chorwat to uznana w świecie MMA persona. Porażka z tego typu zawodnikiem żadnej ujmy nie przynosi. Problem Polaka jest jednak taki, że wczorajsze starcie nie dawało mu literalnie nic. Tybura bronił pozycji w zestaweniu i tą obronę zakończył klęską. Rola „rankingowego gatekeepera” zdaje się być wytyczoną dla Polaka, idealną na ten etap kariery ścieżką.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry