Zawsze skuteczna analiza wsteczna #5: Za nami festiwal piłkarskich hitów

Miniony weekend, a dokładniej wczorajszy dzień to istna karuzela piłkarskich emocji na najwyższym poziomie. Inter rozprawił się z Atalantą, Arsenal pokonał bezbarwne Chelsea, Barcelona wróciła z dalekiej podróży, Newcastle zdobyło Carabao Cup, PSG zwyciężyło z Marsylią, a i w Polsce było hitowo. Krótko mówiąc – jest co komentować. Bez zbędnej zwłoki, przejdźmy więc do rzeczy.

Inter pewnie zmierza po Scudetto

Obraz spotkania nie porywał, szczególnie jak chodzi o pierwszą połowę. Momenty miał Inter (Thuram obił słupek), swoje chwile przeżywała Atalanta (strzał Pasalicia). Konkretów jednak brak, a proporcje rozkładały się względnie równo. Mam wrażenie, że na początku zespoły obdarzyły się sporym respektem, co dziwić nie może. Druga połowa postanowiła zaopatrzyć nas w zawierającą więcej dynamiki treść piłkarską, lecz tam aktorami byli już tylko piłkarze z Mediolanu, kiedy ich oponenci stanowili co najwyżej publiczność. Skutek ? Dwie bramki, kolejno Carlosa Augusto i Lautaro Martineza oraz całkowita kontrola wydarzeń boiskowych.

Potyka się Atalanta, potyka się Napoli. Co jest tego konsekwencją, to fakt, że Inter Mediolan kroczy w kierunku kolejnego tytułu. Atalanta nie potrafiła utrzymać dyspozycji sprzed tygodnia, pełnej futbolowego wdzięku oraz błysku, która to nieregularność zdarza im się coraz częściej. Projekt Gian Piero Gasperiniego niezmiennie godny jest podziwu. Jednocześnie szkoda, że tytuł mistrzowski będący zwieńczeniem pracy tej pomnikowej dla Bergamo postaci, swoistą wisienką na torcie, prawdopodobnie „przejdzie Atalancie koło nosa”. Inter kolejny raz dowiódł, jak elastyczną, doświadczoną, a przede wszystkim skuteczną drużyną jest. Klub wciąż walczy na trzech frontach (Serie A, Puchar Włoch, Liga Mistrzów), co umówmy się – małym wyzwaniem nie jest. Tym bardziej należy podkreślić i docenić fakt, jak umiejętnie Simone Inzaghi gospodaruje zasobami oraz kapitałem ludzkim, nie zmieniając przy tym pragmatyczno-kreatywnej tożsamości Interu Mediolan.

Nudne derby Londynu

Starcie Arsenalu z londyńską Chelsea porywającym spektaklem z pewnością nie było. Generalnie działo się niewiele. Arsenal rozpoczął lepiej, żywiej, składniej, co udokumentował bramką Merino ze stałego fragmentu gry. Kto, jak nie Arsenal w końcu ma wykorzystywać rzuty rożne. Potem w sposób wyrachowany kontrolowali spotkanie, nie porywając się na ekstrawaganckie ofensywne szarże.

Chelsea w ogóle nie była konkretna. Jedyna sytuacja mogąca zagrozić Rayi, to strzał Cucurelli z pierwszej połowy. Posiadanie piłki zdawało się na nic. Niekiedy wyglądało to tak, jakby „The Blues” przyjechali na mecz z odgórnie założonym kompleksem wyższości „Kanonierów”. Przy wyprowadzaniu piłki błędy popełniał Robert Sanchez, choć by być w jego wypadku sprawiedliwym, należy wspomnieć również o efektownej interwencji z drugiej połowy. Ciężkostrawny występ ekipy Maresci, u której trudno o stabilizację.

Bezkres hitów na innych stadionach

Liverpool zaprzepaścił szansę na kolejny tytuł. W niepamięć idą marzenia o potrójnej koronie, a przecież mogło być tak pięknie. Wczoraj Newcastle „gryzło trawę”, bardziej chciało, a przy okazji grało ciekawy, ofensywny futbol. Szalał między innymi fantastyczny w tym sezonie Isak. Drużyna Eddiego Howa nie mogła narzekać na mnogość stwarzanych okazji. Liverpool jakby wciąż zahipnotyzowany, nie mogący się ocknąć po dwumeczu z PSG.

Barcelona dokonała rzeczy wielkiej, dowodząc, że są gotowi na sięgnięcie najwyższych piłkarskich szczytów. Na przestrzeni ostatnich miesięcy wykształcają sobie cechę niezwykle pożądaną – zmysł i gen wygrywania. Widowiskowy sygnał do ataku wysłał Robert Lewandowski, po czym skrupulatnie realizowano wyrok. Atletico nie pierwszy już raz gubi ciężko wypracowany kapitał, co musi być dla Diego Simeone zastanawiające. Przez te negatywne odstępstwa od sobie znanych standardów defensywnych, madrytczykom oddala się kolejne trofeum.

Na krajowym podwórku Raków metodycznie, skrupulatnie, realizując plan taktyczny, ale i dostarczając coraz większej ilości wrażeń estetycznych, pokonało Legię. Owa Legia w tym sezonie ma wiele twarzy i odsłon. Ta ligowa napawać optymizmem nie może. Za czwartkowe starcie z Molde należą się brawa. W drugim hicie Jagiellonia pokonała Lech. Drużyna Adriana Siemieńca pokazuje, że można efektywnie łączyć występy na kilku frontach. Walka o tytuł będzie trwać w najlepsze.

I jedno słowo o PSG, które pokonało gładko Marsylię w hicie Ligue 1. Chcę tylko podkreślić fakt, że jak dotąd pozostają w lidze niepokonani. Prawdę mówiąc, nawet życzę im spełnienia misji bez potknięcia. Utopią byłby futbol, gdzie wszyscy grają w sposób zbliżony do drużyny z Paryża.

Już jutro „Top-spiele #5”. Link poniżej:

Top-spiele #5: Ciekawie w Mainz ; szaleństwo w Stuttgarcie ; BVB znów na kolanach – Bezkres sportu

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry