
1/8 finału tegorocznej Ligi Mistrzów obdarza nas sporą ilością piłkarskich hitów. Mówię w czasie teraźniejszym, bowiem jesteśmy dopiero na półmetku rywalizacji w tej fazie. W wielu przypadkach sprawy pozostają nierozstrzygnięte i zresztą bardzo dobrze. W Paryżu na przykład byliśmy świadkami znaczącego, a wręcz szokującego zakrzywienia rzeczywistości. Grali rzecz jasna również w innych miejscach, i to z całkiem intrygującym skutkiem.
Teatr absurdu na Parc Des Princes
Powiedzieć, że byłem zaskoczony, oglądając ten mecz, to jakby nie powiedzieć nic. Powiedzieć, że ostateczny rezultat spotkania jest niesprawiedliwy, to nic nie powiedzieć. Po to jednak mamy ten futbol, żeby raz na jakiś czas bywało przewrotnie, gdyż inaczej pogrążylibyśmy się w nudzie. Bywa więc pięknie i brutalnie zarazem – zależy z jakiej perspektywy spojrzymy na sprawę.
PSG było takie, jakie regularnie jest w ostatnim czasie. Zjawiskowe, płynne, zdyscyplinowane, finezyjne i tak sobie mogę dookreślać obraz przez kolejne epitety. Dembele w ostatnich miesiącach wreszcie sięga wysokich szczytów swojego potencjału (długo musieliśmy czekać trzeba przyznać ). Pozostali skrzydłowi to motory napędowe w dosłownym znaczeniu tych słów. Kapelą w pełen artyzmu sposób zarządzają dyrygenci – Vitinha, Ruiz oraz Neves. Zmiana polityki kadrowej drużyny postrzegać można w samych superlatywach. PSG nie stanowi teraz przechowywalni gwiazd, a samo je kreuje i pomaga wzrastać. Przed meczem obie ekipy stawiałem niemalże na równi. Nie potrafiłem wskazać formacji, elementu gry, aspektów, w których jedna z drużyn ewidentnie by przeważała. Statystyki są zatrważające, wynik mówi zupełnie coś innego. Wchodząc niejako w perspektywę Paryżan, nie zszedłbym z obranej ścieżki przed rewanżem. Ta ścieżka jest prawidłowa, ale piłka nożna bywa brutalna.
Liverpool wczoraj miał Alissona, bohatera absolutnego, kreatora własnego sukcesu. Na pewnym etapie drużyna zdawała się grać o remis, w zasadzie walczyć o remis, w niczym nie przypominając samej siebie. W ostatecznym rozrachunku Liverpool wyciągnął z tego spotkania więcej, niż w najpomyślniejszym scenariuszu mógłby zakładać i chwała im za to. Brak konstruktywnych wniosków i autorefleksji byłby jednak swego rodzaju zaniedbaniem, o co Arne Slota nie posądzam. Nie wykluczam również scenariusza, że wczorajsze widowisko właśnie miało tak wyglądać. Jedno jest pewne. Piłka wciąż pozostaje w grze.
Szczęsny TOP ; madryckie walory estetyczne
Wojciech Szczęsny bawi się w życie. I to jest piękne. Wczoraj został bohaterem Barcelony i jak trafnie wspominają niektórzy internauci – zasłużył na paczkę cygarów. Początki były burzliwe, jednak z biegiem czasu, z każdym meczem Polak zyskiwał ogranie, rytm, adaptował się do nowych realiów, aż w końcu doszedł do momentu, kiedy o Peni już nikt nie wspomina. Platformę do widowiskowych parad dał mu przebieg spotkania, konkretnie czerwona kartka Cubarsiego. Barcelona musiała zaś wyeksponować twarz, którą za kadencji Flicka rzadko można było doświadczać – nieco pragmatyczną, zachowawczą, odpowiedzialną, co im się udało.
W derbach Madrytu docenić należy przede wszystkim walory estetyczne. Zostawmy z boku kwestie taktyczno-metodyczne, a skupmy się na pięknie futbolu. Co bramka, to piękniejsza, prawdziwe zjawisko. Pragnę zwrócić również uwagę na postać Brahima Diaza. Kiedyś wypychany, wypożyczany, niedoceniony. Teraz jest jokerem Realu, a jego bramka decyduje o zwycięstwie na największej ze scen. Fajna historia, tylko tyle i aż tyle.
Na innych arenach
Bezzębna Borussia z Dortmundu znów zawiodła. Arsenal zmasakrował PSV, nie pozostawiając wątpliwości. Aston Villa oraz Inter również jedną nogą zameldowały się w ćwierćfinale. Zapominać nie można o jednym z hitów, starciu wprost ze szczytu niemieckiej Bundesligi. Po ostatnim meczu ligowym między niemieckimi potentatami pisałem, że fascynujący jest fakt, iż każdy mecz między nimi w tym sezonie wygląda zupełnie inaczej. Wczoraj również tak było, z tym, że Bayer nie miał nic do powiedzenia. O ile Xabi Alonso nie bezpodstawnie wyrobił sobie opinię taktycznego majstersztyka, o tyle w opisywanym spotkaniu poległ. Vincent Kompany i spółka wysyłają sygnał, że z Bayernem należy się liczyć, imponujący triumf.


